Muzyka
środa, 23 marca 2016
FanFiction przeniesione zostało na Wattpada
https://www.wattpad.com/story/66173688-impossible-stalia-fanfiction
niedziela, 6 marca 2016
#5 Your inner Wolf
Stiles siedział na swoim łóżku, w
palcach trzymając mały świstek papieru z napisanym adresem klinki
dla zwierząt, którego dostał od pani Marin. Jeszcze pół dnia
temu Stiles był prawie całkowicie pewny, że zwariował, a teraz
znalazły się dwie osoby, które mówią mu, że to wszystko
zdarzyło się naprawdę.
"Zaufaj swojemu instynktowi".
Ale czy jego instynkt go nie zwiedzie?
Niedługo miała być cisza nocna. Czekał na moment, kiedy
pielęgniarka zajrzy do jego pokoju, sprawdzając, czy jest w nim
Stiles, a potem zamknie pokój za pomocą klucza w kształcie karty
bankomatowej. Stiles po zajęciach szukał Malii dłuższy czas, ale
zobaczył ją dopiero na stołówce podczas obiadu. Dostrzegł ją po
drugiej stronie stołówki, siedzącą w kącie, obserwującą
zamieszanie panujące w pomieszczeniu, szturchając widelcem kawałek
mięsa. Zobaczyła Stilesa gdy tylko zaczął się do niej zbliżać.
Usiadł na miejscu przed nią, dziewczyna wzrok miała wbity w
kotlet, którego kłuła widelcem.
- Twarde i bez smaku. - Nie przerywała
zajęcia. Wbiła tym razem widelec tak mocno, że ugrzązł w kawałku
mięsa – Zupełnie jak podeszwa.
- Jadłaś kiedyś podeszwy? - Kiedy
dziewczyna spiorunowała go wzrokiem, ugryzł się lekko w język.
Żart o gryzieniu butów mógł wydawać się dla niej uszczypliwy, w
szczególności dlatego, bo sama twierdzi, że przez 10 lat była
praktycznie psem. - Musimy pogadać.
Drzwi się lekko uchyliły, a przez
szparę do środka zajrzała jedna z pielęgniarek. Zamknęła za
sobą drzwi, po czym dało się usłyszeć kliknięcie i krótki,
piszczący dźwięk.Teraz musiał czekać, aż przyjdzie pani Marin,
aby otworzyć mu drzwi. Podczas rozmowy z Malią, Stiles powiedział
jej wszystko, czego dowiedział się od pani Marin. Powiedział, że
ona myśli, że Stiles może mieć coś wspólnego z przemianą Malii
i że zna kogoś, kto może im pomóc dowiedzieć się, dlaczego i
jak stało się to co się stało. Dziewczyna była bardzo
zdeterminowana. Mieli spotkać się z niejakim Alanem Deatonem
jeszcze tej nocy, a pani Marin pozwoli im niezauważalnie się
wymknąć. Minęło dziesięć minut, a po tym czasie do środka
weszła pani Marin. Trzymała coś w rękach, a potem położyła to
na jego łóżko. Stiles po chwili zauważył, że połową rzeczy
były jego ubrania, a drugą połową ubrania damskie.
- Na dworze jest zimno, nie wyjdziecie
w tym – Zmierzyła Stilesa. Chłopaka to rozbawiło. Była bardzo
młoda, a zachowywała się jak matka. Albo jak pani McCall. - Będę
musiała coś załatwić, także weź to – Wyciągnęła klucz w
jego stronę, a on go przejął. - Przebierz się i zanieś Malii
ubrania dla niej. Przyniosłam jej trochę swoich ubrań. Kiedy
przyszła tutaj po raz pierwszy, miała na sobie sukienkę,
prawdopodobnie po swojej mamie, ale w tym jej będzie cieplej. Jej
pokój jest pod numerem 122.
- Dziękuję. - Pani Marin odwróciła
się na pięcie, przymykając za sobą drzwi. Stiles przebrał się
szybko, chwycił ubrania dla Malii i zamknął za sobą pokój.
Zszedł piętro niżej i stanął pod drzwiami z numerem 122. Czuł
silny przypływ adrenaliny i czystej ciekawości. Otworzył drzwi,
czemu towarzyszyło ciche piknięcie. Powoli wszedł do środka. W
środku paliła się jedynie mała lampka na komodzie. Pokój w
środku wydawał się być taki sam, jak u Stilesa. Malia siedziała
po turecku na swoim łóżku, ale kiedy tylko go zobaczyła, od razu
się zerwała.
- Od Marin – Wyciągnął ubrania w
stronę dziewczyny, ta zabrała je od niego i niedbale rzuciła na
łóżko. Chwyciła się za spód koszulki i zdjęła ją przez
głowę. Stiles widział tylko jej plecy, ale powoli obrócił się
do niej tyłem. Poczuł się zmieszany, a dziewczyna, jakby to
wyczuwając lekko się zaśmiała. Ubrana już w szary sweter i
dżinsy, minęła Stilesa i wyszła z pokoju. Stiles zrobił to samo
i wychodząc zakluczył za sobą drzwi. Zeszli na parter. Znajdowali
się w pomieszczeniu, w którym Stiles poznał Olivera. Jedyne, co
musieli teraz zrobić, to czekać, aż pojawi się pani Marin. Malia
usiadła na jednym z tapczanów, umieszczonych pod ścianami. Stiles
zajął miejsce koło niej. Zegar na prawo pokazywał 21:40.
Siedzieli chwilę w ciszy, którą Stiles chciał przełamać,
rozpoczynając jakiś temat, ale trudno było nie wypaść na idiotę
przy tej dziewczynie.
- To... Może opowiesz mi coś o sobie?
- Wszystko czego potrzebujesz wiedzieć,
możesz przeczytać w gazetach.
- Nie chodzi mi o twoją przeszłość.
- A więc o co? Wszyscy tylko o to mnie
pytają.
Stiles popatrzył się na chwilę na
nią. Jej wielkie, brązowe oczy w mroku wydawały się być czarne.
Długie, brązowe, lekko falujące się włosy otulały jej policzki,
wydatne, ciemne usta pozbawione uśmiechu.
- Chcę wiedzieć jaka jesteś. Chcę
wiedzieć co lubisz, czego nie lubisz. Chcę wiedzieć jaki jest twój
ulubiony kolor, czy lubisz pizzę, czy wolisz noc od dnia, albo na
odwrót.
W tym momencie Malia lekko drgnęła.
Naciągnęła rękawy, chowając w nich swoje dłonie, które
najwyraźniej chciała rozgrzać. Widząc pytający wzrok Stilesa,
powiedziała:
- Mówiłam ci, że zawsze jestem
zmarznięta.
Stiles doskonale wiedział, że
ryzykuje życiem, ale wyciągnął swoje ręce i otulił swymi dłońmi
jej dłonie. Malia drgnęła zaskoczona, ale nie zabrała rąk.
- Rzeczywiście zimne – Dziewczyna po
raz pierwszy się zaśmiała. Jej śmiech był cichy, ale przyjemny.
Siedzieli przez chwilę w ciszy, aż w końcu odezwała się Malia:
- Lubię las. - Stiles uniósł głowę
i spojrzał na dziewczynę. Wzrok miała rozmarzony, ale nadal
wpatrywała się w podłogę. - Przez dziesięć lat był moim
jedynym domem. I lubię księżyc. - Stiles się zamyślił. A jeśli
to wszystko, to rzeczywiście prawda? Czy to wszystko miało miejsce?
Czy Stiles miał w tym jakiś udział? Mocniej zacisnął swoje
dłonie na dłoniach Malii. Zdąrzyły się już lekko ogrzać. - Co
to jest pizza? - Zapytała nieoczekiwanie. Stiles właśnie miał jej
wyjaśnić, czym jest pizza, ale w tym momencie schodami na dół
zeszła pani Marin. Malia szybko zabrała swoje ręce i podeszła do
kobiety. Stiles poszedł w jej ślad.
- Zabiorę was do kliniki, ale nie
zostanę tam z wami. Będę musiała tu jak najszybciej wrócić, aby
dopilnować, żeby nikt nie zobaczył waszej nieobecności. Za mną.
Pani Marin wyjęła z kieszeni pęk
kluczy, wybrała odpowiedni i otworzyła wielkie drzwi. Za nimi
znajdowało się pomieszczenie, w którym Stiles ostatni raz widział
swojego ojca. Pani Marin przeszła przez pomieszczenie do drzwi
frontowych. Je również otworzyła odpowiednim kluczem, cicho, aby
nie zrobić hałasu. Przepuściła przed siebie Stilesa i Malię i
zamknęła za sobą drzwi. Zaprowadziła ich do swojego samochodu.
Stiles nie miał większego wyboru i usiadł na tylnym siedzenie.
Przez większość drogi pani Marin rozmawiała tylko z Malią.
Zadawała pytania przede wszystkim dotyczące jej przemiany w wilka i
spowrotem w człowieka. Klinika była jakiś kilometr od Domu Echa.
Gdy tylko wysiedli z samochodu, pani Marin zawróciła. Budynek był
niewielki, zbudowany z beżowej cegły, a na szybce wisiała
plakietka "Zamknięte". Stiles lekko westchnął. Ukucną
pod drzwiami i spojrzał na dziurkę od klucza.
- Nie masz jakiejś spinki, albo
czegoś?
- Po co?
Stiles wstał i spojrzał uważnie na
drzwi. Zrobił rozbieg i pobiegł w ich stronę, jednak Malia z dziką
siłą i szybkością wyciągnęła rękę, zatrzymując go przed
drzwiami. Popatrzyła na Stilesa poirytowana.
- Chcesz wyważyć drzwi?
- A co, masz jakiś lepszy pomysł?
Malia zabrała rękę z jego klatki
piersiowej i zrobiła krok w stronę drzwi. Nadusiła na klamkę, a
drzwi same się otworzyły. Weszła do środka, a Stiles podążył
za nią.
- Dzięki Bogu. Naprawdę myślałem,
że będę musiał zderzyć się z tymi drzwiami.
W środku było cicho, było słychać
jedynie cichy szmer w następnym pomieszczeniu. Przy jednym z
blaszanych stołów stał mężczyzna o ciemnej karnacji. Trzymał na
rękach małego, białego królika. Mężczyzna zabrał wzrok ze
zwierzęcia i spojrzał teraz na Malię, a następnie Stilesa.
- Dobry Wieczór. Dobrze, że już
jesteście. - Schował małego pupila do klatki i odłożył na
jednym z mniejszych stołów za sobą. - Nazywam się Alan Deaton.
Słyszałem o twoim przypatku, Malio Tate i myślę, że mógłbym ci
pomóc, albo chociaż nakierować na dobry ślad.
- Czego pan ode mnie potrzebuje?
-Tylko kilka odpowiedzi.
Stiles przyglądał się uważnie całej
sytuacji.
- Przecież ja pana znam! Pan jest
szefem Scotta, prawda?
- Zgadza się. -Przytaknął mężczyzna.
- Niech zgadnę, pana zawodem jest
ratowanie zwierząt, ale w wolnym czasie lubi pan również pomagać
wróżkom ze złamanymi skrzydłami, albo wampirom z hemofobią?
- Wróżki nie posiadają skrzydeł –
Widząc minę Stilesa, dodał – Do tego Wróżki to potoczna nazwa,
tak naprawdę nazywają się one Ferie.
- No jasne, przecież to takie
oczywiste...
Deaton się zbliżył.
- Widziałeś nadprzyrodzoność na
własne oczy, a nadal nie wierzysz?
Stiles się nie odezwał, sam nie
wiedział już w co wierzyć. Deaton usiadł na jednym z krzeseł i
oparł się o metalowy stół.
- Dobrze, Malia. Najważniejsze w tym
momencie są odpowiedzi.
- Pytaj. - Wzruszyła ramionami. Usiadła na krześle i oparła się łokciami o blat stołu. Stiles widział w niej lekkie
spięcie.
- Tamtego dnia, kiedy był wypadek...
- Nie było żadnego zwierzęcia na
drodze. Po prostu nagle zaczęło się coś ze mną dziać. Rzuciłam
się najpierw na siostrę, a potem na matkę. Wjechaliśmy w drzewo,
a potem jak odzyskałam kontrolę, zdałam sobie sprawę co się
stało i uciekłam.
- Sprawdziłem w internecie, że w dniu
wypadku księżyc był w pełni. Moje kolejne pytanie: czy nie napiłaś
się kiedyś z kałuży, albo czy ktoś cię nie ugryzł? Zazwyczaj
tak właśnie można się przemienić: poprzez ugryzienie, albo
wypicie wody deszczowej z odcisku po łapie wilka.
- Chyba nie myśli pan, że ona jest
wilkołakiem!? To niedorzeczne!
Deaton i Malia w tym samym czasie
rzucili Stilesowi zirytowane spojrzenie.
- No dobra, już się zamykam.
Malia pokręciła głową.
- Pamiętałabym, gdyby ktoś mnie
ugryzł. Zanim stałam się wilkiem, ani razu nie napiłam się z
kałuży. Kolejne pytanie.
Deaton zastanowił się chwilę, zanim
odpowiedział.
- Czy jesteś pewna, że obaj twoi
rodzice są twoimi rodzicami?
- Oczywiście, że tak.
- Bo widzisz, gdyby twoi rodzice
wiedzieli o twojej zdolności, to na pewno by cię o tym powiadomili.
- To są moi rodzice. Czy istnieją na
to jeszcze inne rozwiązania?
Stiles miał powoli dosyć siedzenia w
tym pomieszczeniu. Każde wypowiedziane tam słowo było nierealne,
ale jednak małą cząstką siebie wiedział, co widział.
- Jest jeszcze jedno rozwiązanie.
Musiałoby to być zaklęcie rzucone przez bardzo potężnego
Czarownika.
- No jasne... Czarownicy...
- To zaskakujące jak bardzo małej
wiary jesteś. - Doktor zwrócił się do Stilesa.
- Zna się pan na zaklęciach? –
Malia najwyraźniej zignorowała zachowanie Stilesa. Patrzyła
błagalnie na Deatona.
- Niewiele, skarbie. Ale mogę choćby
zobaczyć, czy twój wewnętrzny wilk porzucił twoje ciało, czy
nadal w nim jest.
Oczy Malii się rozszerzyły, wstała
tak szybko, że niemal obaliła krzesło, na którym siedziała.
Deaton wstał i wyjął z jednej z szuflad strzykawkę, do której
wlał płyn o fioletowej barwie. Obrócił się w stronę Stilesa i
Malii, ale to Stiles zrobił krok do tyłu.
- Co to do cholery jest!?
- Substancja zawierająca tojad,
inaczej wilcze ziele. Wstrzyknę odrobinę Malii. Jeśli jej
wewnętrzny wilk ciągle w niej jest, zobaczymy jego postać, jeśli
już go w tobie nie ma, nic ci się nie stanie.
Stiles patrzył się na strzykawkę,
jakby zaraz miał zemdleć. Malia zrobiła krok w stronę Deatona.
- Jestem gotowa.
- O Boże! - Stiles automatycznie
odwrócił się tyłem do sytuacji.
- Jeśli chcesz poznać prawdę i
zaufać swojemu instynktowi, musisz się odwrócić.
Stiles wziął kilka wdechów i
odwrócił się w stronę Deatona i Malii. Mężczyzna podniósł lewą
dłoń i chwycił dziewczynę za szyję. Malia przechyliła głowę
na swoje prawo, opierając ją o rękę Deatona, tym czasem jego
prawa ręka, w której trzymał strzykawkę uniosła się na poziom
szyi Malii, a długa, gruba igła zanurzyła się w jej skórze.
Deaton wcisnął strzykawkę i fioletowy płyn powoli wlał się w
ciało dziewczyny. Malia się spięła, jej twarz przybrała wyraz
bólu, z gardła zamiast krzyku wydobył się ryk, wysunęły się
ostre kły, a oczy przybrały niebieską barwę. Kolor Oceanu
Arktycznego, zimny i głęboki, błyszczący niczym Gwiazda Poranna.
Takich oczu się nie zapomina.
Stiles na ten widok odskoczył do tyłu.
Malia wyrwała się z rąk Deatona, a jej twarz wróciła do
normalności. Zgięła się w pół i zaczęła kaszleć, z trudem
próbując złapać oddech.
- C-co to było!? - Stiles nie odrywał
wzroku od kaszlącej dziewczyny, potem przerażony spojrzał na
doktora Deatona.
- To był Wilk, chłopcze. Przecież
poznajesz?
Malia chwyciła się teraz metalowego
blatu i powoli zaczęła się prostować. Na twarzy była cała
czerwona, zawartość w strzykawce musiała źle na nią podziałać.
- Wiem co powinniście zrobić –
powiedział mężczyzna. Popatrzył się troskliwie na Malię,
upewniając się, czy wszystko już w porządku. - Malio, jeśli
chcesz pozbyć się swojego wilka, będziesz musiała spotkać się z
kimś... Potężniejszym ode mnie.
Malia wzięła kilka głębokich
wdechów zanim odpowiedziała:
- Nie chcę się go pozbyć. Chcę się
znowu nim stać.
Stiles popatrzył na nią całkowicie
zbity z tropu. Nie miał pojęcia, że dziewczyna chce wrócić do
bycia wilkiem.
- Skoro twierdzisz, że twoi rodzice są
twoimi rodzicami, nie zostałaś nigdy ugryziona, nie napiłaś się
deszczówki z odcisku po wilczej łapie... Pozostał ostatni sposób,
jakim jest zaklęcie. Znam pewnego Czarownika. Twoja historia jest
bardzo ciekawa, więc może pomoże wam bez konieczności zapłaty.
- Wam? Co mnie takiego z tym wszystkim
łączy?
- Spotkałeś ją po raz pierwszy w
dzień jej przemiany i po raz kolejny, kiedy przy tobie zamieniła
się w człowieka. To nie może być przypadek. W jakiś sposób
należysz do tej historii, a teraz musicie razem to zakończyć.
Czarownik o którym wspomniałem nazywa się Magnus Bane. Jest on
Wielkim Czarownikiem Brooklynu. Być może pozwoli Malii ponownie
stać się wilkiem i pomoże wam odnaleźć osobę, która rzuciła
na nią zaklęcie. Podam wam jego adres, lepiej zabierz ze sobą
swojego Jeepa, Stiles. Pod waszą nieobecność, Marin zadba o to,
aby nikt nie dowiedział się o waszym zniknięciu. I nie jedźcie
sami, lepiej żebyś zabrał tam kogoś komu ufasz. - Zwrócił się
do Stilesa.
- Czyli mam iść teraz do swojego domu
po Jeepa i jechać do Brooklynu?
- Twój ojciec przekazał Scottowi
twojego Jeepa na czas kiedy jesteś w Domu Echa, myślę, że to do
niego powinieneś się zwrócić, aby jechał z tobą.
- Mój ojciec co zrobił!?
- Przenocujecie tutaj, rano zjawi się
Scott i opowiesz mu całą historię. Podczas takiej sprawy
powinieneś mieć ze sobą przyjaciela, Stiles.
Deaton wyszedł, a kiedy wrócił,
przyniósł dwa materace, śpiwory i poduszki. Stilesa bolała głowa,
kiedy myślał o tym, jak bardzo popieprzone się to wszystko stało.
Wilkołaki, Czarownicy, Ferie... Minęła godzina 2:00, a Stiles
dalej nie mógł spać. Bo w końcu jak zasnąć, kiedy dwa metry od
ciebie leży dziewczyna-wilkołak? Obserwował, jak ciemne włosy
okrywały jej twarz, kiedy spała. Malia poruszyła się i dopiero
wtedy Stiles zobaczył, że ona również nie śpi, a przez cały
czas jej oczy były przymknięte.
- Też nie możesz spać? - Malia się
nie odezwała, ale odpowiedź była oczywista. Stiles przegryzł
wargę – Opowiedzieć ci bajkę?
- Po co miał byś to robić?
- No nie wiem... Żebyś zasnęła, to
chyba pomaga...
Dziewczyna wzruszyła ramionami i
odwróciła się do niego plecami.
- Jak chcesz.
Stiles się rozchmurzył. Ułożył się
na plecach i wpatrując w sufit, zaczął opowiadać.
- Dawno, dawno temu w odległej
galaktyce...
Cześć, Kojoty ♥
Rety, mam nadzieję, że ten rozdział nie był do dupy :c
Pod ostatnim rozdziałem było trochę mniej komentarzy, ale mam nadzieję, że się Wam podobał c:
A co myślicie o tym rozdziale? Koniecznie skomentujcie, piszcie co myślicie, poprawki mile widziane c: Zostawcie po sobie choćby "Przeczytał*m", żebym widziała ile osób czyta moje ff.
I napiszcie mi, czy przypadkiem ten rozdział nie był.. jakby to powiedzieć... "mętny"?
Idę się uczyć chemii :'c Możecie mi zostawić świeczkę w komentarzu XD
Dziękuję za przeczytanie, do zobaczenia ♥
XOXOXO
środa, 27 stycznia 2016
#4 Trust your instinct
Budzik stojący na komodzie obudził
Stilesa o 7:00. Leniwie wygramolił się z łóżka, musiał przejść
na drugą stronę pokoju, aby go wyłączyć. Prztarł oczy palcami,
próbując się rozbudzić. Nie spał całą noc. Powodem tego był
fakt, że nie potrafi zasnąć bez swojej poduszki, ale i również
to, czego się wczoraj dowiedział. Malia Tate została odnaleziona i
jest razem z nim w psychiatryku. Stiles próbował zrozumieć,
dlaczego dziewczyna go uderzyła, ale nie znał na to żadnego
sensownego wyjaśnienia. Zabrał z komody czyste ubrania, ręcznik i
płyn do mycia, który również otrzymał. Szarpnął za klamkę,
drzwi były już otwarte. Na początku miał mały problem ze
znalezieniem pryszniców, ale w końcu znalazł białe drzwi, a dalej
w tyle kolejne. Otworzył te z oznaczeniem dla mężczyzn. Ze środka
buchnęła para. Stilesa zapiekły oczy, zamrugał kilkakrotnie i w
końcu wszedł do środka. Podszedł do jednej z umywalek. Ubrania i
ręcznik powiesił na wieszaku obok, a płyn postawił na umywalce.
Przemył twarz chłodną wodą, aby wyrwać się ze zmęcznia. Wytarł
twarz w ręcznik, przejrzał się w lustrze, ale było zaparowane.
Przetarł dłonią zaparowane lustro. Poprawił włosy wpatrując się
w swoje odbicie. Jego wzrok dostrzegł w oddali prysznice, a w
jednym z nich...
Dziewczynę.
A dokładnie Malię Tate.
Stała do niego tyłem, ale głowę
miała obróconą w jego stronę. Uśmiechała się do niego wesoło.
Stiles zszokowany wykonał obrót. Dziewczyna nadal tam była z tym
samym uśmieszkiem na twarzy. Szybko obrócił się z powrotem
plecami do niej. Wydał zławiony dźwięk.
- Nie martw się, nie wszedłeś przez
przypadek do damskiej toalety.
- Dzięki Bogu. - Zerknął jeszcze na
chwilę na odbicie dziewczyny. Tym razem patrzyła się przed siebie.
Stiles obrócił się lekko w prawo, stał teraz do niej bokiem.
Odchrząknął lekko – Więc co... Co ty robisz w męskiej
łazience?
- Biorę prysznic.
- Widzę. To znaczy, widziałem. To
znaczy, nie żebym coś widział, naprawdę. Było za dużo pary...
Nie, żebym chciał, żeby było mniej pary...
- Słuchaj, nie obchodzi mnie to. -
Stiles skarcił siebie w myślał za każde idiotyczne słowo.
Cieszył się, że dziewczyna mu przerwała, nie wiadomo co głupiego
mógłby jeszcze palnąć. - W lesie nie było żadnych damskich i
męskich toalet.
Stilesa zamurowało. Skąd ta
dziewczyna wiedziała, na czym polega obsesja Stilesa? Czy ona
właśnie się z niego naśmiewała?
- I jeśli naprawdę chcesz wiedzieć,
to tutaj woda jest znacznie cieplejsza niż w damskiej toalecie.
Odkąd zamieniłam się z powrotem w człowieka, jestem ciągle
zmarznięta.
Stiles zastanowił się chwilę. Nie
miał zamiaru dać się wyśmiewać, za to co widział. Albo raczej,
za to co mu się wydaje, że widział.
- Może masz po prostu niską
temperaturę rdzenia? A może jesteś chora...
- Albo po prostu przywykłam no
noszenia futra? - Dziewczyna po raz kolejny przerwała mu w środku
zdania. Stiles przestał się z nią kłócić. Zamierzał po prostu
poczekać, aż Malia się ubierze i wyjdzie, żeby on mógł się
umyć. Usłyszał piszczący dźwięk zakręcającego się korka.
Stiles zerknął lekko w jej stronę. Dziewczyna chwyciła ręcznik i
wyszła spod prysznica, ale nie okryła się nim. Szła w jego
stronę.
- Teraz się patrzysz. - Chłopak
zapatrzył się i teraz szybko wbił wzrok w podłogę.
- Nie, wcale nie.
- Więc co robisz? - Kątem oka
zobaczył, że dziewczyna już okryła się ręcznikiem. Powoli
obrócił się w jej stronę.
- Zastanawiałem się, dlaczego mnie
uderzyłaś.
- Myślałeś, że ci podziękuję? -
Stiles się nie odzywał. Poprostu patrzył się na dziewczynę
starając się zrozumieć, o co jej w tym wszystkim chodzi. - Okej,
jak masz na imię?
Po chwili odpowiedział zachrypniętym
głosem:
- Stiles.
- Okej, Stiles. Dziękuję ci. Dzięki za
przemienienie mnie z powrotem w człowieka, żebym mogła codziennie
patrzeć mojego ojca i zastanawiać się... - Jej głos lekko zadrżał
– I zastanawiać się jak mu powiedzieć, że w dzieciństwie
zamieniłam się w zwierze, zagryzłam naszą rodzinę i przez
dziesięć lat żyłam w ciele wilka, kiedy on myślał, że zostałam
porwana. Jak myślisz dlaczego tutaj jestem!? Powiedziałam mu to.
Powiedziałam mu prawdę, a on stwierdził, że oszalałam! I
przyprowadził mnie tutaj!
Oszalałaś – pomyślał.
- Nie rozumiem, co to ma wspólnego ze
mną?
W dziewczynie coś eksplodowało.
Chwyciła mocno jego koszulkę w garści i przygwoździła go do
ściany. Stiles był zszokowany, a siła dziewczyny była tak
ogromna, że przez chwilę nie mógł złapać oddechu, przez uderzenie pleców o ścianę.
- Przestań sobie ze mną pogrywać,
jasne? Byłeś tam! Byłeś tam kiedy się zamieniłam i zabiłam
swoją rodzinę i byłeś tam, kiedy z powrotem zamieniłam się w
człowieka! Jak to zrobiłeś, co? Jak mnie zamieniłeś i jak z powrotem przywróciłeś!? - W jej oczach Stiles widział czystą
odrazę oraz nienawiść. Zdawało mu się, że przez chwilę głęboko
z jej brązowych oczach dostrzegł migający morski odcień błękitu.
- O co ci chodzi!? To mi się wydawało!
To wszystko to były tylko halucynacje!
Malia puściła jego koszulkę. Miała
grobowy wyraz twarzy.
- Oh, czyżby? A czy ja jestem tylko
halucynacją? - Stiles zmierzył dziewczynę. W głowie miał mętlik.
- To zdarzyło się naprawdę, jak możesz w to nie wierzyć?
Przycież widziałeś! Jeśli nikt inny mi tutaj nie wierzy, to
chociażby ty powinieneś! - Jej głos lekko drżał. Stiles przez
chwilę myślał, że dziewczyna się rozpłacze, ale nie wyglądała
na tego typu dziewczynę. - Proszę cię, powiedz, że wierzysz w to
co widziałeś.
Chłopak się nie odzywał.
Najwyraźniej Malia nie miała zamiaru dłużej czekać. Zabrała
swoje rzeczy i boso wyszła z łazienki. Stiles wstrząśnięty zdjął
z siebie ubranie, zabrał płyn do mycia, który zostawił na
umywalce i wszedł pod ten sam prysznic, pod którym chwilę temu
myła się Malia. Poczuł gorąco wody lejące się po jego skórze, karku, barkach, klatce piersiowej i plecach. Wziął szybki
prysznic, ale w miedzy czasie doszedł do wniosku, że musi jeszcze
raz porozmawiać z tą dziewczyną. Może jakimś cudem naprawdę nie
zwariował?
Stiles po przebraniu się wrócił do
swojego pokoju. Przesiedział tam tylko 10 minut, po czym o 8:00
wstawił się na stołówce. Kiedy dostał swoją porcję składającą
się z kanapki i jakiejś sałatki, rozejrzał się za wolnym
miejscem. Kilka stolików dalej zobaczył Olivera kiwającego mu,
wysoko unosząc rękę. Dosiadł się do niego. Oliver błyskawicznie zjadł swoją porcję, ale nie wydawał się nasycony.
Stiles po posiłku pokręcił się z nim po dziedzińcu, mieli
jeszcze pół godziny wolnego czasu. W międzyczasie szukał wzrokiem
Malii, ale nigdzie jej nie widział. Oliver opowiedział mu trochę o
tym, jak wyglądają zajęcia. Zazwyczaj tutejszy pedagog, w tym
przypadku niejaka pani Marin przygotowuje dany temat psychologiczny,
na przykład: lęk, radość, smutek. Rozmawiają o swoich odczuciach
i wyrażają swoje zdanie. Oliver i Stiles ruszli do sali w której
mieli odbyć swoje zajęcia. Stiles starał się zapamiętać drogę,
żeby nie mieć potrzeby prosić kogoś o pomoc, kiedy będzie musiał
iść tam kolejny raz. Weszli przez białe drzwi. W środku było
jasno. Pierwszą rzeczą jaką dostrzegł Stiles, były krzesła
ustawione w koło. Na niektórych już zajęli miejsce pacjęci, inne
były jeszcze puste. Stiles i Oliver zajęli miejsca obok siebie.
Oparł się o oparcie krzesła i poczuł ból. Plecy miał ciągle
obolałe od uderzenia o kafelki ściany w łazience. Pomasował kark
i lekko stęknął. Poczuł, że ktoś się mu przygląda. Na
przeciwko Stilesa siedziała Malia. Chyba lekko rozbawiło ją
zachowanie Stilesa. Teraz już wszystkie miejsca były zajęte.
Kobieta o długich, ciemnobrązowych, rozpuszczonych, prostych
włosach otworzyła zieloną teczkę z której wyjęła jakąś kartkę, a
potem spowrotem zamknęła ją.
- Witam wszystkich. Dołączyło do nas
wczoraj dwóch kolegów, proszę przywitajcie... - Przeczytała coś
na kartce – Bruce'a – Z jednego z krzeseł podniósł się
chłopak o chudej twarzy, dziwnie długiej szczęce i czarnych
potarganych włosach. Lekko skinął głową do pani Marin. - I
drugiego kolegę... - Zacięła się, próbując przeczytać jego
imię. Stiles wstał.
- Stiles. - I również skinął głową
w jej kierunku. Kobieta uśmiechnęła się lekko. Stiles zobaczył
kątem oka, jak Malia się mu przygląda. Usiadł z powrotem na swoje
miejsce.
- Dobrze, mam nadzieję, że będziecie
się tutaj dobrze czuli i będziecie chętni, aby sobie pomóc. -
Stiles kiwnął głową w potwierdzeniu. Domyślił się, że tamten
chłopak zrobił to samo. - W takim razie zacznijmy od sprawdzenia
obecności.
Pani Marin zrobiła tak jak
powiedziała. Po sprawdzeniu obecności ogłosiła temat dzisiejszych
zajęć, a mianowicie: poczucie winy.
- Malia, mówiłaś coś ostatnio na
temat poczucia winy.
- Mówiłam, że boli mnie wtedy
żołądek.
Stiles próbował być skupiony na
zajęciach, ale większość jego myśli krążyła wokół tamtej
nocy, kiedy wilk na oczach Stilesa zamienił się w dziewczynę. Nie
patrzył wtedy na nią zbyt długo, ale starał się przypomnieć
sobie wygląd jej twarzy. Teraz spojrzał na Malię. Odwzajemniała
jego spojrzenie. I pomimo, że Stiles wiedział, jak bardzo jest to absrdalne, ale ta dziewczyna, którą widział była tak bardzo
podobna do tej, która właśnie teraz przed nim siedzi. Tak bardzo
podobna, że mogłaby być nią.
- Stiles, a jak ty odczuwasz poczucie
winy?
Stiles był w tym momencie wyłączony,
także poprosił o powtórzenie pytania.
- Denerwuję się wtedy.
Pani Marin nie zadawała mu na szczęście
więcej pytań. W pewnym momencie spojrzała na wiszący po jej
lewej zegar i oznajmiła koniec zajęć. Wszyscy leniwie ruszyli w
stronę wyjścia. Pani Marin zawołała jeszcze za Stilesem.
- Stiles, czy mógłbyś ze mną na
chwilę porozmawiać? - Chłopak skinął głową. Poczekali, aż
wszyscy opuszczą salę. Ostatnia osoba zamknęła za sobą drzwi.
Stiles odwrócił się, aby być twarzą do kobiety. Nie wyglądała
na taką spokojną i delikatną jak chwilę temu. Wyglądała
poważnie.
- Chciała pani ze mną rozmawiać?
- Tak. To bardzo ważne i musisz mnie
uważnie słuchać, bez znaczenia na to, jak bardzo absurdalne to będzie. -
Nie takiej odpowiedzi się spodziewał, ale poczekał, aż kobieta
będzie kontynuować. - Stiles, nie zwariowałeś. Wszystko co
widziałeś zdarzyło się naprawdę. Malia także nie zwariowała.
Jesteś jedynym światkiem tego co się wydarzyło i tylko ty możesz
jej pomóc dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi. - Sięgnęła
do swojej kieszeni i wyjęła z niej kartkę. Dała ją Stilesowi. -
Porozmawiaj z Malią. Jesteś jej jedynym ratunkiem. Na tej kartce
masz zapisany ares, gdzie musisz jechać. Tam pracuje ktoś, kto być
może wam pomoże, a być może wyśle was do kogoś innego. Możesz
mu zaufać.
Stiles spojrzał na kartkę. Był na
niej zapisany adres kliniki dla zwierząt.
- Zaufaj swojemu instynktowi, Stiles.
***
I to by było chyba na tyle ^^
Dziękuję Wam za każdy komentarz, są one dla mnie bardzo ważne ♥
Jeju jesteście supi, naprawdę :D
Mam nadzieję, że jeśli już przeczytacie ten rozdział to również zostawicie komentarz.
Chociażby głupie "Przeczytał*m" naprawdę mnie ucieszy ^^
Wywnioskowałam po poprzednich komentarzach, że poprzednie rozdziały Wam się podobały i mam nadzieję, że ten nie będzie wyjątkiem :)
Włożyłam w niego mnóstwo czasu, ale jest.
AAAA kto ze mną czeka za napisami do nowego odcinka Teen Wolf?
Jestem pewna, że nasze dwa aniołki do siebie wrócą :3
Dziękuję wam za to, że jesteście ♥
Jeszcze raz ślicznie proszę o choćby króciutki komentarz.
Krytykę przyjmuję na klatę, a uwagi mi bardzo pomogą, jeśli takowe są :)
Kocham Was, do zobaczenia!
♥♥♥
sobota, 9 stycznia 2016
#3 Broken boy meets broken girl
Bębniące krople deszczu
zamazywały szary obraz ulicy za oknem. Pogoda już od dwóch tygodni
była wyjątkowo deszczowa. Pan Stilinski skręcał właśnie w lewo,
kiedy Stiles zaczął mu się uważniej przyglądać. Ostatnio często
pił, ale dzisiaj był trzeźwy. Stilesa nie dziwiło zachowanie jego
ojca. Zastanawiał się, czy on też by się tak zachowywał, gdyby
to jego syn zwariował. Ostatnie dwa tygodnie były bardzo ciężkie.
Jego tata wrócił ze szpitala kilka dni po operacji. A w domu nie
czekała go ciekawa wiadomość. Kiedy przekroczył drzwi do salonu,
na jednym z foteli siedziała pani Alice. Mówiła, że nie chciała
go tak atakować, ale była tym zmuszona. Szeryf musiał jak
najszybciej o wszystkim wiedzieć.
- Rozmawiałam z nim –
Wyglądała na poddenerwowaną, ale mówiła spokojnie, aby nie
wystraszyć pana Stilinskiego. - Dwa dni po pana operacji. Ale prawie
mnie nie słuchał. Ciągle tylko mówił o tej dziewczynie, że jest
gdzieś tam w lesie, że musimy ją znaleźć. Opowiadał o tym, jak
wyglądała jej przemiana. Jest całkowicie pewien, że to mu się
nie wydaje. On uważa, że to zdarzyło się naprawdę. Próbowałam
mu wytłumaczyć, że to wszystko przez emocje, że bał się o pana.
Ale on... - Przerwała. Bała się przyznać do czego zmierza.
- Co ma pani na myśli? Co
mam zrobić? - Zadawał pytania, na które jak się domyśliła
Alece, znał odpowiedzi.
- Obawiam się, że moja
pomoc już tutaj nie wystarczy. Ani żadnego innego zwykłego
psychologa. - Odkąd mężczyzna zaparzył jej herbatę, jeszcze jej
nie tknęła. Pan Stilinski opadł ciężko na oparcie fotela.
- Co mam zrobić? -
Powtórzył. Wyglądał na wykończonego. Najpierw secrce, teraz to.
- Bardzo przykro jest mi
to panu mówić, panie Stilinski, ale w przypadku pana syna,
potrzebna jest tutaj specjalna terapia. Najbliższym psychiatrykiem
jest Dom Echa, kilka kilometrów od Beacon Hills. - Mężczyzna
przetarł oczy dłonią. Kobiecie zrobiło się go okropnie żal. Ale
przecież pomagała. - Niech zostanie tam na kilka tygodni. Lekarze
ocenią jego stan i zobaczymy co dalej. - Wstała i zabrała swoje
rzeczy. Nie miała już czasu wypić herbaty. - Życzę panu zdrowia
– Następnie cichszym głosem dodała – I Stilesowi również.
Widząc, że mężczyzna
nie wstaje, żeby ją odprowadzić, sama ruszyła w stronę drzwi
wyjściowych. Ojciec przez całą drogę się nie odzywał. Stiles
próbował coś powiedzieć, ale słowa jakoś nie chciały mu się
ułożyć w zdania. Przestali rozmawiać od czasu, kiedy Stiles
zaczął namawiać go, aby zaczął szukać owej dziewczyny. Ojciec
nie chciał o tym w ogóle słyszeć. Ale Stiles nie ulegał. Dopiero
kiedy ojciec powiedział mu, że oszalał i że zabiera go do
psychiatryka, Stiles przestał nalegać. Sam zaczął się
zastanawiać, czy nie zwariował. Dojeżdżali już na miejsce.
Dom Echa to obszerny
budynek, ale nie wyglądał na jednego z nowszych. Wysiedli z
samochodu i po schodach weszli do budynku. W środku było niemalże
pusto. Stiles domyślił się, że do tego pomieszczenia pacjęci
mieli zakaz wstępu. Jego też to będzie niedługo dotyczyć.
Podszedli do rejestracji. Stała przy nim młoda kobieta o
sympatycznej twarzy. Czarne włosy miała spęte w kucyka, a na sobie
biały kostium z plakietką.
- Dzięń dobry. W czym
mogę pomóc?
- Przedwczoraj
zarejestrowałem tutaj swojego syna.
Kobieta kliknęła coś na
komputerze. Komputer – to jakiś postęp.
- Nazwisko?
- Stilinski.
Wpisała nazwisko,
wyszukała jeszcze kilka potrzebnych rzeczy.
- Dobrze... - Sięgnęła
pod ladę po średniej wielkości plastikowy koszyk. - Proszę
opróżnić zawartości kieszeni. Wszystko.
Stiles zanużył dłonie
do kieszeni spodni i wyjął z nich tylko gumę do rzucia i kilka
papierków po cukierkach.
- Komórkę i wszystko
inne zostawiłem w domu.
- Świetnie. -
Skomentowała. Schowała koszyk spowrotem pod ladę. Sięgnęła
teraz po klucz z jednej z szuflad. Ponownie spojrzała na ekran
komputera.
- Pokój numer 159 dla
pana... - Zmrużyła oczy, próbując przeczytać jego imię.
- Stiles.
- Dobrze... Zaprowadzę
cię na miejsce.
Odeszła zza biurka i
poszła w stronę schodów. Zatrzymała się przy nich, czekając na
Stilesa. Tymczasem on wpatrywał się w swojego ojca, który
wyglądał, jakby kłócił się z samym sobą.
- Nie zabrałeś swojej
poduszki. Mogę po nią wrócić.
- Tato, jest okay. Dam
sobie radę bez jakiejś tam poduszki.
- A-Ale ty nie możesz bez
niej spać! Nie zostawię cię tutaj samego, jeśli nie będziesz
mógł spokoje przespać choćby jednej nocy!
- Tato, nie spałem
spokojnie ani jednej nocy od kilku tygodni...
Teraz oczy jego ojca
wypełniły się lekko łzami. Nie wiedział co powiedzieć, ale
Stiles nie potrzebował słów. Podszedł do swojego ojca i mocno go
obiął. Po chwili poczuł odwzajemnienie uścisku. Stali tak chwilę
wtulając się w siebie, aż w końcu Stiles zrobił decydujący krok
w tył. Odwrócił się w stronę schodów. Kobieta wyglądała tym
razem na lekko znudzoną. Stiles nabrał wątpliwości co do jej
sympatyczności. Kobieta poszła przodem, po krętych schodach.
Opowiadała coś Stilesowi, ale on nie słuchał. Odkluczyła drzwi z
numerem 159 i gestem ręki zaprosiła go do środka.
- W komodzie masz ubrania
dzienne i piżamę. Zostałeś również zaopatrzony w środki
higieny osobistej. Rozpiskę co do godzin posiłków, spotkań i
lekcji masz na ścianie. Są na niej również wypisane wszystkie
panujące tutaj zasady. Jeszcze godzina do zamykania pokoi, a teraz rozgość się.
I zanim chłopak zdąrzył
coś odpowiedzieć, kobieta zamknęła mu drzwi przed nosem.
- Super. - Rozejrzał się
po pokoju. Był nijaki. Szary, a chyba jedną w nim kolorową rzeczą
była różowa zasłonka. Na lewej łóżko, na przeciwko okno, na
prawo komoda i kolejne drzwi. Stiles zajrzał do środka i zobaczył
małą łazienkę, w której znajdowała się jedynie toaleta i
umywalka. Zapewne prysznice są wspólne dla wszystkich. Położył
się na plecach na niewygodnym łóżku i wpatrywał chwilę w szary
sufit. W sumie, miał jeszcze godzinę. Wstał i zerknął na
regulamin.
"Pacjenci podczas
wolnego czasu mogą poruszać się po dziedzińcu, korytarzach jak i
salonie. Zabrania się wchodzenia do czyjegoś pokoju."
Potem przyjrzał się
planowi dnia. Nie był bardzo skomplikowany. Rano o 8:00 śniadanie,
po śniadaniu 30 minut przerwy, terapia, zajęcia, o 15:00 obiad, po
obiedzie godzina przerwy, terapia, zajęcia, czas wolny do 21:00, o
tej godzinie zamykane są wszystkie pokoje. Była godzina 20:00, a
Stiles nie zamierzał siedzieć w jednym miejscu. Nie tyle co nie
chciał, ale nie pozwalała mu na to jego choroba ADHD jak i zwykła
ciekawość. Zrzucił z siebie ubranie i założył szary komplet,
który otrzymał i czarne tenisówki. Wszedł do łazienki, żeby
przejżeć się w lustrze, ale nawet go tam nie było. Wyszedł z
pokoju i zszedł schodami kilka pięter niżej. Rozglądał się
trochę po korytarzach, ale nie było w nich nic ciekawego. Co jakiś
czas tylko minął jakiś pacjentów. W końcu doszedł na parter. Na
prawo zobaczył ogromne drzwi, które jak się domyślił Stiles,
prowadziły do sali, w której żegnał się ze swoim tatą jeszcze
chwilę temu. Tutaj było znacznie więcej ludzi. Wszyscy, oprócz
terapeutów nosili podobne stroje do tego, co miał na sobie Stiles.
Chłopak rozglądał się po sali, starając się znaleźć kogoś,
kto wyglądałby na tyle normalnego, aby dało się z nim pogadać.
Po drugiej stronie, przy regale z książkami zobaczył chłopaka. Szatyn z poterganą czupryną, troszkę przy kości i o pół głowy
wyższy od niego. Stiles nigdy nie angażował się za bardzo w
zdobywaniu nowych znajomości. Zawsze wystarczał mu Scott. Zbliżył
się do chłopaka i stanął obok niego. Nieznajomy wodził wzrokiem
po stronie książki. Zauważył Stilesa dopiero, kiedy ten się
odezwał:
- Hej, co czytasz?
- "Jasper Jones"
- Ciekawa?
- Bardzo! - Chłopak
niemal krzyknął podekscytowany. - Najlepsza jest końcówka!
Stiles przyjżał się
uważniej książce. Chłopak nie był jeszcze nawet w jej połowie.
- Skąd wiesz jak się
skończy? Czytałeś ją?
Chłopak głośno
zarechotał.
- Pewnie! Dziewięć razy!
- Stiles zrezygnował ze skomentowania tego. - Jesteś nowy, prawda?
Jestem Oliver.
Wyciągnął jedną rękę,
w drugiej ciągle trzymając książkę.
- Stiles – Ujął jego
dłoń. Chyba mógłby polubić tego chłopaka.
- Co cię tu sprowadza,
Stiles? - Poczuł się jak idiota, kiedy odpowiadał na pytanie:
- Wydawało mi się dwa
razy, że widziałem wilka o jarzących się, błękitnych oczach. Za
drugim razem wilk zamienił się dziewczynę i uciekł w głąb lasu.
- Spodziewał się, że ten zacznie się z niego śmiać, albo coś
powie na jego temat, ale ten tylko zapytał bez najmniejszej dyskretności:
- Była naga?
Stiles poczuł się przez
chwilę nieswojo, że chłopak tak głośno zadał takie pytanie,
przy tak wielu ludziach. Ale widząc, że nikt raczej nic nie
usłyszał zaśmiał się cicho pod nosem.
- Pewnie.
- Ekstra. - Chłopak
zamknął książkę i odłożył ją na półkę. - Chciałbym mieć
takie zwidy. - Zaśmiał się. - Widziałeś dziedziniec? - Stiles
odpowiedział mu kręcąc głową. - Oprowadzę cię.
Dziedziniec znajdował się
za budynkiem. Roiło się tam od ludzi w szarych ubraniach. Obaj
zeszli po murowanych schodach. Oliver oprowadzając Stilesa,
wskazywał palcem na różne osoby i opowiadał o tym, jak się tu
znaleźli i skąd przybyli. Stiles dowiedział się, że jest tam mnóstwo osób,
twierdzących, że są Jezusem.
- A tobie co jest? -
Stiles zatrzymał się mniej więcej na środku dziedzińca. - Jak
się tu znalazłeś? - Oliver zatrzymał się na chwilkę i zastanawiał nad czymś. Wyglądał, jakby chciał sobie przypomnieć,
dlaczego tam jest.
- Jestem tu już dość
długo – Przyznał – Mówią, że miałem problemy z
pochamowaniem emocji. Chyba zrobiłem komuś krzywdę.
- Niczego nie pamiętasz?
- Nie. I nie myślę o tym
zbyt dużo. Wypychają mi gardło tymi białymi tabletkami na uspokojenie.
Stiles wyłączył się na
chwilę pogrążając się w myślach, co zdarza mu się bardzo
często.
Rozejrzał się po
okolicy. Dziedziniec był znacznie ładniejszy, niż wewnątrz Domu
Echa.
Zmróżył na chwilę oczy
próbując się przyjrzeć szczegółom w oddali. Nagle jego wzrok
dostrzegł pewną dziewczynę. Stała odwrócona do niego tyłem. Ale
było w niej coś znajomego... Stiles przyglądał się uważnie jej
figurze, odcieniowi jej włosów. Może i był szalony, ale tak czy
siak musiał to zrobić. Szybkim krokiem ruszył w jej stronę.
Usłyszał, jak Oliver pyta się go, dokąd idzie.
- Hej! Hej, ty.. - Poczuł
się strasznie głupio, że właśnie tak krzyczał na dziewczynę,
ale nie znał jej imienia. Dziewczyna odwróciła się w jego stronę
i spojrzała na niego. Stiles zatrzymał się gwałtownie – Hej...
- Jak zwykle odebrało mu mowę – Wiem, że to dziwne pytanie, ale
czy my się wcześniej nie spotkaliśmy? - Dziewczyna patrzyła się
na niego zakłopotana. Stiles zaryzykował i wreszcie zadał dręczące
go pytanie – Nie spotkaliśmy się przypadkiem w lesie dwa tygodnie
temu? - Uderzony pięścią runął na ziemię zdezorientowany.
Dziewczyna już szykowała się, aby ponownie się na niego rzucić,
ale wtedy przez dziedziniec przedarł się krzyk jakiegoś mężczyzny:
- Malia! - Stiles zobaczył
jak ten łapie ją i próbuje unieruchomić jej ręce. - Jeszcze
jeden taki wybryk, pani Tate, a nie skończy się to dla pani dobrze.
Stiles poczuł, jak silne
ręce podnoszą go z ziemi. Nie był to jednak pomocny uścisk.
- Hej, hej! To ona mnie
uderzyła!
Mężczyźni zaczęli
wyprowadzać go z dziedzińca. Ku uldze chłopaka, zaprowadzili go do
jego pokoju. Stiles usiadł na łóżko, próbując pozbierać myśli.
Głowa go strasznie bolała, jak i policzek. Skąd on znał te
nazwisko? Przez dobre 20 minut powtarzał w kółko:
Malia Tate. Malia Tate.
Malia Tate. Malia Tate. Malia Tate.
Aż w końcu olśniony
wyprostował się.
Ta Malia Tate.
Ta Malia Tate.
~ Hello, my Werecuties ♥ ~
Mam ogromną nadzieję, że rozdział Wam się podobał.
Wcale nie jest 00:44 XDD
Ah, ta wena, kiedy jej potrzeba, to jej nie ma, a kiedy jest, to zawsze w nieodpowiednim czasie :)
Właśnie mnie mama zaczęła wyzywać, ale ciii xd
Dziękuję Wam za każdy komentarz, bo to właśnie one mnie zmotywowały do napisania tego rozdziału. I zachęcam oczywiście do komentowania, bo to komentarze dają wenę.
Więcej komentarzy --> większa wena --> szybciej rozdziały <3
Dziękuję Wam, że jesteście ♥
Dobra idę spać, dobranoc :D
xoxoxo
środa, 16 grudnia 2015
#2 Nightmare has a soul
- Mówię ci, jeszcze kilka mocnych treningów i
boisko będzie nasze. - Stiles i Scott wchodzili schodami na dziedziniec szkoły.
Scott śmiał się pod nosem, próbując zrujnować marzenia przyjaciela o
jakiejkolwiek szansie na czynny udział w ostatnim meczu lacrosse'a w liceum. To
był ich ostatni rok, a właściwie ostatnie dwa miesiące. Scott widział
determinację Stiles'a, ale znał go na tyle dobrze, że wiedział, że gdyby
przyznał mu rację o istnieniu szansy, wtedy Stiles pozwałby go o kłamstwo i
dawanie mu bezsensownej nadziei. - Dzisiaj wieczorem zbierasz swój tyłek z
kanapy i przychodzisz na boisko, albo cię zniszczę. Słyszysz mnie?
- Dzisiaj nie dam rady... - Odpowiedział z
lekkim uśmieszkiem na ustach.
- No to cię zniszczę. - Stiles stanął przed
nim torując mu drogę. Rzucił mu miażdżące spojrzenie. - Co tym razem? - Kiedy
uśmiech Scotta zaczął się powiększać, odsłaniając białe zęby, wszystko było
jasne. Stiles wywrócił oczami tak mocno, że aż go zabolało – Allison.
- Spotykamy się dzisiaj. - Stiles zszedł
przyjacielowi z drogi i wyrównał z nim krok.
- Co tym razem? Kino, a potem seks? Basen, a
potem seks? Obiad, kino, a następnie seks? A może sam seks?
- Jesteś zazdrosny. - Zarzucił mu Scott. I po
chwili dodał. - Idziemy na łyżwy.
Stiles stanął jak wryty.
- Scott, bracie. Jesteś tego pewny? Rozumiem
skok na bungee, ze spadochronu, nurkowanie w Oceanie Spokojnym pełnym rekinów,
ale łyżwy? - Scott rzucił mu zirytowane spojrzenie.
- Przestań, nie jestem w tym aż tak zły...
Stiles popatrzył na niego z żalem.
- Scotty, już pingwiny lepiej latają, niż ty
jeździsz na łyżwach. Pamiętasz jak to się dla ciebie ostatnio skończyło?
Scott pamiętał i to nawet za bardzo. Złamane
żebro, zwichnięta kostka u lewej nogi, zbity nos i poobijane kości. Stali teraz
pod schodami szkoły.
- W końcu ty też sobie kogoś znajdziesz.
Stiles spojrzał za przyjaciela i zobaczył dwie
zbliżające się do nich, szczupłe postacie.
Westchnął.
- Ja nie chcę "kogoś". Ja chcę ją.
Dwie postacie podeszły do nich. Jedna z nich,
wysoka szatynka o włosach ściętych do ramion, ubrana w T-shirt i dżinsy,
stanęła lekko na palcach i pocałowała Scotta. Niższa, o długich, rudych
włosach, ubrana w zieloną sukienkę i szpilki, posłała Scottowi niechętny
uśmiech, a potem wróciła wzrokiem do swojej komórki.
- Cześć, Lydia. – Powiedział śmiało Stiles. Dziewczyna
spojrzała na niego i go zmierzyła.
- Cześć... - Zastanowiła się chwilę, jakby
chciała przypomnieć sobie jego imię, a raczej ksywę, bo Stiles prawie nikomu
nie zdradza swojego imienia. Nie jest to żadna tajemnica, ale Stiles, jak
wszyscy inni nie potrafi go wymówić. Zrezygnowana wróciła do swojego zajęcia.
Właśnie Stiles otworzył usta, aby powiedzieć jej jakiś komplement, kiedy ona
uniosła głowę i zaczęła wyrywać Allison z rąk Scotta.
- Alli, widzę Jacksona. Chodź, idziemy! - I
porwała przyjaciółkę ze sobą. Szatynka odchodząc, posłała swojemu chłopakowi
promienny uśmiech.
- A ty co o tym myślisz?
- Że co? - Stiles był kompletnie wyłączony
przez moment.
- Lydia zaproponowała mi i Allison podwójną
randkę z nią i Jacksonem. Co o tym myślisz?
- Myślę, że jeśli ty i Alli tego chcecie, to
idźcie. W końcu lepsze to, niż łyżwy.
- Sam nie wiem... Ja i Jackson... No wiesz.
- Nienawidzicie się? Wiem. Też nie znoszę tego
typa. - Patrzył morderczym wzrokiem na Jacksona przyciągającego do siebie
rudowłosą królewnę, bawiącego się kosmykami jej włosów, dotykającego ją i
całującego – Nawet nie wiesz jak bardzo.
- Pół czasu! Pół czasu treningu zajmuje wam
przebieranie się! Pół czasu stracone na zmienianie skarpetek! Danny, podciągnij
spodnie! Jackson załóż wreszcie koszulkę! Chociaż w sumie, gdybym miał takie
ciało jak ty, też bym chodził bez. Ale to nie klub striptizowy! A ty
Greenberg... - Popatrzył na biednego chłopaka w kącie szatni – Ty możesz wyjść.
W zasadzie nawet nie wiem co tu jeszcze robisz... - Odwracając się markotał
jeszcze pod nosem – Jeszcze dwa miesiące, Bobby. Dwa miesiące i już go tutaj
nie będzie... - I zniknął za drzwiami.
- Tym razem nam wyjątkowo nie zwrócił uwagi.
Może dzisiejszy trening nie będzie taki zły.
- Słyszę cię, Stilinski! Trzydzieści okrążeń
wokół boiska! - Trener nagle wyłonił się zza drzwi.
- Ale terenerze...!
- Pięćdziesiąt!
Stiles wrzucił niedbale ubrania do szafki i
mruczył coś pod nosem. Jak domyślił się Scott, były to zapewnie
charakterystyczne dla niego, sarkastyczne teksty. Wyszli na boisko. Rozgrzewkę
zaczęli od rozciągania się, potem zrobili kilka kółek wokół boiska, przy czym
Stiles starał się jak najbardziej oszczędzać swoje nogi. Potem poćwiczyli
strzelanie do bramki i odbiór piłki, a na koniec zagrali krótki mecz. Stiles i
Scott byli w tej samej drużynie. Nie było dziwne, że nikt nie chciał podawać
piłki ani mu, ani Scottowi. Przegrywali kilkoma punktami, kiedy przez boisko
przedarł się krzyk trenera.
- Stilinski!
Chłopak wziął kilka zdyszanych wdechów i
posłał Scottowi poirytowane spojrzenie. Odwrócił się w stronę trenera i
podbiegł. Nie takiej miny się u niego spodziewał. Mężczyzna patrzył na niego
troskliwie. Stiles’a to zaniepokoiło.
- Stiles, właśnie dostałem telefon ze
szpitala...
Stiles poczuł, jak ziemia rozsuwa się pod jego
nogami. Zaczął szybko oddychać, zabrakło mu tlenu.
- Chłopcze, wszystko w porządku? - Świat zaczął
się rozmazywać, dźwięki stały się dalekie i przygłuszone. Atak paniki – domyślił
się. I potem jakby z nienacka przypomniały mu się błękitne, wilcze oczy.
Wszystko zaczęło wracać na swoje miejsce.
- Stiles, wszystko w porządku? - Obok trenera
stał Scott, trzymał dłoń na jego ramieniu.
- Tak, ja... Ja muszę jechać.
I wyszedł.
Zaparkował jeepa na parkingu i szybkim ruchem
zamknął za sobą drzwi. Wbiegł do środka na korytarz i niemal wpadł na kobietę
niskiego wzrostu. Kruczoczarne loki miała związane w zwykłą kitkę.
- Stiles, chodź za mną. Zaprowadzę cię do
poczekalni.
I tak zrobiła, poszła razem z nim do windy i
wcisnęła guzik. Kiedy jechali na górę, pani McCall odezwała się cicho.
- Nie stresuj się, wszystko będzie dobrze.
Trener ci powiedział dokładnie co się stało?
- Zawał. Tylko tyle wiem. - Pięści miał mocno
ściśnięte, a na jednej z nich Melissa dostrzegła krwisty, ciągnący się wzór z
półksiężyców. Wyszli z windy, i weszli do poczekalni. Stiles spojrzał na białe
drzwi i przebiegły go ciarki. Usiadł na krześle, ale zaraz wstał, nie mogąc
usiedzieć. Spojrzał na zegar wiszący na ścianie z prawej strony. Dochodziła osiemnasta.
- Stiles, to trochę potrwa... Dzisiaj na pewno
nie zobaczysz swojego taty. Moim zdaniem lepiej by było gdybyś wrócił do
domu... - Stanowcze "nie" jej nie zaskoczyło. Zniknęła na chwilę z
pola widzenia Stiles’a i wróciła 5 minut później z herbatą. Tym razem chłopak
już siedział, ale wykonywał różne gesty, typu nerwowe tupanie nogą i obgryzanie
paznokci. Szok minął i teraz oczy Stiles’a wypełniły się łzami. Melissa zajęła
miejsce obok niego i chwyciła jego dłoń. Był dla niej zawsze trochę jak syn. W
końcu przyjaźnił się z jej synem, Scottem odkąd tylko zaczęli chodzić.
Przysunęła kubek na stoliku bliżej chłopaka.
- Napij się. - Ale Stiles był w tym momencie
wyłączony i nie słyszał co do niego mówiła. Pomimo, że na nią nie patrzył,
uśmiechnęła się do niego smutno. Wstała i wyszła cichym krokiem.
Kiedy Stiles się ocknął, było już po północy.
Nie tyle co się wyłączył, ale i również zasnął. Wyprostował obolałe plecy i
pomasował ścierpnięty kark. Na stole stał kubek z jasnobrązową cieczą. Kiedy ją
spróbował, stwierdził, że to herbata. Była już zimna, ale Stiles czuł silną
potrzebę, aby się napić. Siedział jeszcze 20 minut, próbując zasnąć, ale sen
nie nadchodził. Słyszał za sobą głośne bębnienie deszczu o okno. W końcu wstał
i zaczął chodzić w tę i z powrotem po poczekalni. W końcu zatrzymał się przed
oknem i zaczął wpatrywać w niebo. Zobaczył na nim ledwie widoczne na czarnym
niebie chmury.
I nagle znieruchomiał.
Daleko, między drzewami świeciły dwa błękitne
światełka. Wyglądały jak dwa mięniące się na niebiesko świetliki. Ale Stiles
doskonale zapamiętał ten widok. Nawiedzał go w każdym koszmarze, każdej nocy od
kilku tygodni. Tak samo działo się również krótko po śmierci jego matki. Śniły
mu się te same koszmary, a jakiś czas temu wróciły. Stiles zawsze wierzył, że
wilk którego zobaczył był prawdziwy i to stało się jego obsesją. Potem doszły
do tego koszmary, aż w końcu jego tata zapisał go do pierwszego psychologa.
Każdy kolejny zawodził, bo Stiles ciągle wierzył w istnienie wilka o jarzących
się, błękitnych oczach. W końcu trafił do pani Alice.
A teraz "wytwór jego wyobraźni" jak
to oni mówili, czaił się w mroku i przyglądał mu uważnie. Nagle nieoczekiwanie
zwierze odwróciło się i pobiegło w głąb lasu. Stiles patrzył przez chwilę przed
siebie, zadając sobie pytanie "Czy to jest prawdziwe?". W końcu bez
zastanawiania się, pobiegł w stronę wyjścia. Nie miał czasu na jazdę windą,
więc szybko zbiegł schodami.
Wyszedł na zewnątrz i w jednej sekundzie był
cały mokry. Na dworze okropnie padało. Stiles pobiegł po schodach w dół, a
potem prosto przez parking. Biegł dalej, aż pod jego nogami zaczęło pojawiać
się błoto. Biegł, nie myślał, bo nie było na to czasu. Nagle jego noga zahaczyła
się o coś i runął w błoto. Było ciemno i Stiles dopiero po chwili zorientował się,
że potknął się o korzeń. Nagle przed sobą usłyszał ciche, ale groźne warczenie.
Powoli uniósł wzrok spodziewając się, co zobaczy. Podejrzenia go nie myliły.
Tuż na przeciwko niego stał wilk. Jego oczy koloru oceanu rozpraszały mrok
niczym Gwiazda Poranna. Zwierze warczało, ale Stiles zobaczył w jego oczach
strach. Wbrew woli zaczął się podnosić z ziemi. Nogi same go uniosły. Warczenie
wilka ucichło. Na następne rzeczy, które się wydarzyły było tylko jedno słowo –
"niemożliwe".
Wilk wygiął się w łuk, a Stiles wyraźnie
usłyszał pisk bólu. Wszystko zdarzyło się w niewyobrażalnie szybkim czasie:
ciało zwierzęcia zaczęło zmieniać kształty, pysk się skrócił, sierść zaczęła
zanikać. Przed Stiles’em tym razem leżała skulona postać. Kiedy uniosła twarz,
Stiles zobaczył wystraszoną, dziewczęcą twarz. Zaczęła powoli się podnosić, aż
w końcu siedziała na ziemi. Obserwowała swoje dłonie, jakby były jakimś dziwnym
obiektem. W długich brązowych włosach wplątane miała liście, była przemoczona i
co zobaczył Stiles...
Naga.
Chłopak nie wiedział co powiedzieć, a kiedy na
niego spojrzała wydał zdławiony jęk.
- Hej, uhh... - Próbował wykrztusić z siebie
słowa. Zaczął zdejmować z siebie kurtkę – Poczekaj, dam ci moją...
Dziewczyna stała teraz na dwóch nogach. Miała
brudne i mokre ciało. Stiles zmusił się, aby patrzeć jej w oczy. Nagle
dziewczyna po prostu uciekła. Stiles patrzył za nią całkowicie zdezorientowany.
W głowie pobrzmiewało mu jedno słowo.
Niemożliwe.
Mam nadzieję, że Wam się podobało :)
Proszę was o komentarze, bo to właśnie one dają wenę i chęci do pisania :) Wystarczy, że napiszecie "Przeczytał*m" i mnie to niezmiernie ucieszy, bo chcę wiedzieć ile osób mnie czyta. Oczywiście jeśli macie jakieś uwagi, je też piszcie. No i dziękuję za każdy wcześniejszy komentarz <3
Zapraszam także na stronkę o moim blogu, będę tam udostępniać nowe rozdziały, informacje, zdjęcia:
https://www.facebook.com/Impossible-Stalia-FanFiction-453657414771437/?fref=ts
I jeśli macie jakiś fanart, czy cokolwiek związanego ze Stalią, moim ff, albo po prostu Teen Wolf, to możecie wysłać mi zdjęcie, nagranie czy cokolwiek innego na tej stronie w wiadomości, to udostępnię to :D
Dla wszystkich czytelników, wielki, wirtualny całus!
:**********************
~ Jeszcze raz dziękuję i do zobaczenia ^^ ~
:**********************
~ Jeszcze raz dziękuję i do zobaczenia ^^ ~
środa, 2 grudnia 2015
#1 Nightmare
Na dworze
było przyjemnie i ciepło, wiał lekki wiatr, który kołysał suszące się nieopodal
pranie za oknem. Kobieta siedząca na czarnym fotelu za biurkiem czytała swoje
notatki. Stiles dobrze nie znał tej kobiety, spotykał się z nią dopiero
miesiąc. Badał wzrokiem pomieszczenie, starając się zapamiętać każdy detal.
Wiszące obrazy po prawej stronie, komoda i szklana gablotka za dębowym
biurkiem, jasne ściany, okna po prawej…
-Stiles? – Przestał rozglądać się po pokoju i popatrzył na
nią. Jasnobrązowe, półdługie włosy miała spięte w luźny kok. Jej nos ozdabiały
okulary, tym razem skierowane w jego stronę – Odnośnie twojego snu, ile godzin
ostatnio spałeś?
Zaczął na palcach odliczać godziny.
- Stiles? – Ponownie ocknął się jak ze snu. Pani Alice patrzyła
na niego z troską. Stiles ma okropne problemy z koncentracją, co jest
spowodowane ADHD.
- Osiem.
- W ciągu ostatniej nocy?
- W ciągu ostatnich kilku dni.
Pani Alice odłożyła notatnik i nachyliła się do chłopaka.
Popatrzyła na niego z żalem.
- Stiles… Wiem, że się boisz, ale czy możesz opowiedzieć mi
o swoich koszmarach?
Obraz jego koszmarów był bardzo wyraźny. Czasem wydawał się
wyraźniejszy nawet od rzeczywistości.
- Każdej nocy śni mi się to samo – Zacisnął obie ręce,
skupiając się na obrazie w swojej głowie – Zawsze dzieje się to w tym samym
miejscu.
- Gdzie dokładnie?
- W lesie. – Wziął głęboki oddech – Koło szpitala. - Kobieta
obdarzyła go spojrzeniem wyrażającym zrozumienie i prośbę o kontynuowanie. –
Jest ciemno, a nawet bardzo. Ciemność to pierwsza rzecz jaką dostrzegam. Potem
czuję spływającą po moim ciele wodę. Unoszę głowę i dostrzegam prawie
niewidoczne na czarnym niebie ciemne chmury. Domyślam się, że pada deszcz,
chociaż nie widzę spadających kropel. Potem czuję błoto pod butami. Próbuję się
wydostać, ale ugrzęzłem. A potem słyszę warczenie. Unoszę głowę, bojąc się, co
zobaczę. – Nie patrzył kobiecie w oczy, wzrok wbił w podłogę. – I wtedy
widzę to zwierze. Nie potrafię nawet drgnąć, a każdy oddech zadaje mi ból. Jego
oczy mienią się błękitem, który rozprasza ciemność. W jego źrenicach odbija się
pełnia księżyca. Warczy, a ja boję się, że w każdym momencie może mnie
zaatakować. Chcę uciec, ale jestem jakby sparaliżowany. Jestem bezsilny,
poddaję się, a wilk szczerzy kły…
- Stiles, czy wilk który ci się śni, to ten sam wilk którego
twierdzisz, że widziałeś, kiedy twoja mama…
- Tak. Jestem tego pewien. Ja… Ja to wiem…
- Stiles! – Krzyk pani Alice pomógł mu wrócić do
rzeczywistości. Rozluźnił mocno zaciśnięte palce. Na wierzchu lewej dłoni
widniały małe, krwawe półksiężyce, a pod paznokciami prawej dłoni kryła się
jego własna krew. Kobieta ucichła. Chłopak uniósł wzrok, aby popatrzeć jej w
oczy. Ale jej tam nie było. Niczego tam nie było. Zniknęły jasne ściany, obrazy
i meble. Było ciemno. Stiles poczuł spływającą po jego ciele, od twarzy do stóp
wodę. Spojrzał w górę i zobaczył ciemne chmury, ledwie widoczne na tle czarnego
nieba. Było mu okropnie zimno. Spróbował zrobić krok, ale przeszkodziło mu w
tym błoto. I potem spojrzał przed siebie. Kilkanaście metrów dalej stał wilk,
który pojawił się jakby znikąd. Stiles uświadomił sobie, gdzie się znajduje. Był
to las nieopodal szpitala. Pomimo odległości dzielącej chłopaka od wilka, Stiles
słyszał jego warczenie, jakby ten szeptał mu groźnie do ucha. Był to nieznośny
dźwięk.
- To się nie dzieje naprawdę – Stiles zasłonił uszy,
starając się odpędzić warczenie wilka – Ty tylko śnisz! To tylko sen! – Wilk
otworzył paszczę i szykował się do skoku. Zawarczał jeszcze raz – Obudź się,
Stiles! Obudź się!
- Stiles,
wszystko w porządku, już dobrze. To tylko koszmar, spokojnie. – Minęła chwila,
zanim chłopak zorientował się, że krzyczał przez sen. Był w swoim łóżku, silnie
ściskały go ramiona ojca. Koszulka lepiła się do jego ciała z każdej strony.
Włosy także przywarły do jego czoła. W ustach miał słony smak łez, od których
jego twarz była mokra. Oddychał ciężko, ale nie czuł już kłującego bólu w
płucach. Odetchnął z ulgą.
- Już w porządku? – Stiles
kiwnął głową w potwierdzeniu.
- Trzymaj – Pan Stilinski wziął szklankę wody z szafki
nocnej, podał mu ją, a do drugiej dłoni włożył tabletkę – Podobno dobra na
spokojny sen. Pani McCall mi je dla ciebie poleciła.
- Dzięki – Stiles połknął tabletkę, i oddał tacie szklankę.
Kiedy szeryf ją odebrał, spojrzał badawczo na dłoń syna. Zapalił lampkę stojącą
na szafce.
- Stiles… - Głos miał zmartwiony jak i wyraz twarzy –
Przyniosę ci bandaż – Wstał i poszedł w kierunku łazienki. Chłopak przyjrzał
się uważniej swoim dłoniom. Na jednej z nich ciągnął się wzór z ułożonych
półksiężyców.
***
Reszta dnia
minęła spokojnie. Każdy dzień w życiu Stiles’a był podobny do poprzedniego.
Bezsenna noc, szkoła, kilka dobrych ocen, lacrosse z jego najlepszym
przyjacielem Scottem, powrót do domu, nauka. Niby najzwyklejsze życie, a jednak
tak bardzo różne w porównaniu do jego rówieśników. Teraz wszedł cicho do
gabinetu jego ojca na komisariacie policji. Mężczyzna leżał na biurku pełnym
różnych papierów. Stiles podszedł do niego i delikatnie położył na jego biurku
kubek z kawą. Tuż koło bezwładnego ramienia taty, zauważył otwarte akta.
Podniósł je cicho, aby nie wydały szmeru. Na otwartej stronie widniało zdjęcie
małej dziewczynki. Wyglądała na jakieś 7-8 lat. Obok zapisane było jej imię i
nazwisko: Malia Tate. Chciał czytać dalej, ale z zamyśleń wyrwał go zaspany
głos ojca.
- Malia Tate, zaginęła 10 lat temu, mając 8 lat. Dziś byłaby
w twoim wieku, Stiles.
Największą uwagę Stiles’a u dziewczyny przykuły jej oczy.
Wielkie, brązowe, roześmiane. Dziecięce.
- Co się z nią stało?
Szeryf popatrzył z wdzięcznością na kawę i przyciągnął kubek
do siebie. Wypił kilka łyków. Stiles miał wrażenie, że tata przeciąga to
specjalnie.
- Zdarzył się wypadek. Z tego co wyjaśnione, jej matka, pani
Tate jechała zbyt szybko, prawdopodobnie przed jej samochód wyskoczyło zwierze.
Kobieta próbowała wyhamować, ale wjechała w las, uderzając o drzewo. – Odstawił
kubek i odetchnął ciężko – Wtedy ktoś porwał jedną z jej córek, starszą,
imieniem Malia i pozostawił otwarte drzwi, przez które weszło zwierzę. To
zwierze rozszarpało panią Tate i jej młodszą córkę, Stiles.
- Czy to jest pewne? Tak serio pewne? – Tato wzruszył
ramionami.
- To jest najbardziej prawdopodobna wersja.
- Skoro po 10 latach, ta dziewczyna się nie znalazła i być
może jest martwa, to dlaczego ją teraz szukacie?
- Dlaczego myślisz, że ją szukamy?
- Te papiery, akta i cała reszta… Były tutaj, także
myślałem…
- To nie jest śledztwo, Stiles… Ja… Może to zabrzmi głupio,
ale wiesz, to było moje pierwsze śledztwo. Pierwsze i nieudane. Od tylu lat
próbuję to rozgryźć, ale ciągle mi coś umyka…
Stiles odłożył akta na miejsce. Odwrócił się na pięcie i
wyszedł, a szeryf odprowadził go wzrokiem. Wyjął z kieszeni komórkę i wybrał
numer do Scotta.
- Zbieraj się, idziemy ćwiczyć lacrosse’a. To ostatnie miesiące szkoły, stary, a ja nie chcę grzać ławki w ostatni mecz w tej szkole.
Obaj zagramy.
~ Hej, hej! :D Mam nadzieję, że się wam spodobało i zachęciło was do czekania na następne rozdziały ^^ Będę je dodawać tak około co miesiąc. Koniecznie dajcie znać co myślicie w komentarzu. Uwagi również mile widziane ;) Jeśli zaciekawił was mój sposób pisania, albo po prostu wam się nudzi, to zapraszam do opowiadania które sama wymyśliłam:
http://makebelievefriend.blogspot.com/
I to chyba tyle ode mnie :D Dziękuję za przeczytanie, do zobaczenia! :* ~
sobota, 14 listopada 2015
Prolog
Wokół panował spokój. Wszystko
było ciche, odprężające. A jednak przygnębiające. Przez
korytarz co jakiś czas przechodził jakiś lekarz, pielęgniarka,
bądź pacjent. A tymczasem na małym krzesełku w poczekalni
siedział chłopiec. Wpatrywał się w swoje trampki i liczył każde
zadrapanie na nich. Co jakiś czas spojrzał na zegar, chociaż nie
potrafił jeszcze określić czasu na podstawie wskazówek, ale lubił
liczyć o ile kresek się przesuwają. Odwrócił głowę kiedy
usłyszał cichy pisk drzwi. Mężczyzna stojący w nich podszedł do
niego wolnym krokiem i przed nim ukucnął. Chwycił w swoją dłoń
jego malutką rączkę i pociągnął go za sobą do pokoju z którego
wcześniej wyszedł. A w nim byli dorośli ludzie, ze smutnymi
minami. Spoglądali raz po raz to na niego, a to na łóżko, nad
którym stali. W łóżku tym leżała kobieta o chudej twarzy i
zmęczonych oczach. Nie miała włosów. Chłopiec puścił dłoń
swojego ojca i podbiegł do kobiety. Ta, unosząc swoją dłoń,
zatrzymała ją na jego policzku.
- Mój syn. - Po jej brodzie spływała
leniwie pojedyńcza łza. Jej oczy wędrowały po jego dziecięcej
buzi, jakby starały się zachować jego obraz na zawsze. - Jesteś
dzielnym chłopcem. Jesteś najlepszą rzeczą, w moim życiu. Wiem,
że dokonasz niesamowitych rzeczy. - Po chwili drżącym głosem
dodała – Szkoda tylko, że mnie przy tym nie będzie.
Chłopiec nawet nie zauważył, kiedy
zaczął płakać. Obie rączki spoczywały na drugiej ręce jego
matki. - Kocham cię, pamiętaj o tym. I nigdy cię nie zostawię.
Zawsze będę z tobą. Kocham cię najbardziej na świecie. - W
pewnym momencie wzięła głęboki oddech. Jej oczy się rozszerzyły
i przez wyschnięte usta wyszeptała – Pozostań dzielny.
Głośny pisk przerwał ciszę panującą
w pokoju. Chłopiec już nigdy nie zapomniał tego dźwięku. Utknął
gdzieś w zakamarkach mózgu i na zawsze tam pozostał. Nagle jakaś
silna ręka pociągnęła go do tyłu. Dziecko wyrywało się, nie
rozumiało, chciało wrócić do matki i porozmawiać z nią jeszcze.
Chciało wyjaśnień. Teraz stał wraz z mężczyzną, który
wprowadził go do pokoju, ze swoim ojcem na środku korytarza. Mówił
coś do niego, ale on zrozumiał niewiele. Tylko niektóre kawałki
zdań, typu: "Nie powinno cię przy tym być...", "Zostań
tu, zaraz wracam", "... i nigdzie nie idź", a kiedy
jego tato zniknął ponownie za białymi drzwiami, chłopiec
przypomniał sobie słowa matki: "Szkoda, że mnie przy tym nie
będzie." I powoli zaczął rozumieć. Jego mama odeszła. Nie
ma jej. Jego małe nóżki same pobiegły w stronę wyjścia ze
szpitala. Zbiegł ze schodów, omal nie upadając. Na dworze było
zimno, ciemno i padał deszcz. Chłopiec biegł przed siebie. Był
roztrzęsiony. Pod jego trampkami zaczęło pojawiać sie błoto i
trawa. Szpital miał już za sobą. Upadł na ziemię potykając się
o korzeń. Runął w błoto, ale nie miał siły się podnieść.
Zaczął głośno płakać. Krzyczał, tak wiele rzeczy nie rozumiał,
chciał wyjaśnień. W końcu uniósł brudną, obłoconą twarz.
Strach sparaliżował jego kości. Przed nim właśnie stał wilk.
Niewiele większy od chłopca, który teraz stracił mowę i nie
potrafił ani krzyknąć, ani uciec. Nie potrafił w żaden sposób
zareagować. Wilcze oczy wpatrywały się w jego dziecięce. Tęczówki
zwierzęcia jarzyły się błękitem i oświetlały ciemność.
Czegoś takiego chłopiec nigdy nie widział. O dziwo wilk był
równie pzestraszony jak i on. Zwierze odwróciło się i szybko
pobiegło w głąb lasu. Nagle ktoś go zaczął podnosić z ziemi.
Dobrze znane dłonie ojca otuliły syna. Tato podniósł go i
zaprowadził do samochodu.
- Stiles, wszystko będzie dobrze,
zaufaj mi. Pojedziesz z Maureen do domu. Ja wrócę niedługo. -
Podszedł do kobiety o ciemnych włosach - Zabierz go i z nim
porozmawiaj. Mam sprawę policyjną. Samochód został podobno
zaatakowany przez zwierzę. To pilne. - I już odwrócił się w
stronę swojego samochodu.
- Panie Stilinski – Mężczyzna
spojrzał na kobietę z pytającą miną, a ta uwiesiła się mu na
szyi. - Tak bardzo mi przykro.
Szeryf odwzajemnił uścisk, a potem
pobiegł w stronę samochodu. Pani Maureen usiadła na miejsce
kierowcy i odwróciła się do chłopca.
- Zaraz będziemy w domu – Odpaliła
silnik – Wszystko będzie dobrze.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)

















