Muzyka

niedziela, 6 marca 2016

#5 Your inner Wolf

          Stiles siedział na swoim łóżku, w palcach trzymając mały świstek papieru z napisanym adresem klinki dla zwierząt, którego dostał od pani Marin. Jeszcze pół dnia temu Stiles był prawie całkowicie pewny, że zwariował, a teraz znalazły się dwie osoby, które mówią mu, że to wszystko zdarzyło się naprawdę.
"Zaufaj swojemu instynktowi".
Ale czy jego instynkt go nie zwiedzie? Niedługo miała być cisza nocna. Czekał na moment, kiedy pielęgniarka zajrzy do jego pokoju, sprawdzając, czy jest w nim Stiles, a potem zamknie pokój za pomocą klucza w kształcie karty bankomatowej. Stiles po zajęciach szukał Malii dłuższy czas, ale zobaczył ją dopiero na stołówce podczas obiadu. Dostrzegł ją po drugiej stronie stołówki, siedzącą w kącie, obserwującą zamieszanie panujące w pomieszczeniu, szturchając widelcem kawałek mięsa. Zobaczyła Stilesa gdy tylko zaczął się do niej zbliżać. Usiadł na miejscu przed nią, dziewczyna wzrok miała wbity w kotlet, którego kłuła widelcem.
- Twarde i bez smaku. - Nie przerywała zajęcia. Wbiła tym razem widelec tak mocno, że ugrzązł w kawałku mięsa – Zupełnie jak podeszwa.
- Jadłaś kiedyś podeszwy? - Kiedy dziewczyna spiorunowała go wzrokiem, ugryzł się lekko w język. Żart o gryzieniu butów mógł wydawać się dla niej uszczypliwy, w szczególności dlatego, bo sama twierdzi, że przez 10 lat była praktycznie psem. - Musimy pogadać.
Drzwi się lekko uchyliły, a przez szparę do środka zajrzała jedna z pielęgniarek. Zamknęła za sobą drzwi, po czym dało się usłyszeć kliknięcie i krótki, piszczący dźwięk.Teraz musiał czekać, aż przyjdzie pani Marin, aby otworzyć mu drzwi. Podczas rozmowy z Malią, Stiles powiedział jej wszystko, czego dowiedział się od pani Marin. Powiedział, że ona myśli, że Stiles może mieć coś wspólnego z przemianą Malii i że zna kogoś, kto może im pomóc dowiedzieć się, dlaczego i jak stało się to co się stało. Dziewczyna była bardzo zdeterminowana. Mieli spotkać się z niejakim Alanem Deatonem jeszcze tej nocy, a pani Marin pozwoli im niezauważalnie się wymknąć. Minęło dziesięć minut, a po tym czasie do środka weszła pani Marin. Trzymała coś w rękach, a potem położyła to na jego łóżko. Stiles po chwili zauważył, że połową rzeczy były jego ubrania, a drugą połową ubrania damskie.
- Na dworze jest zimno, nie wyjdziecie w tym – Zmierzyła Stilesa. Chłopaka to rozbawiło. Była bardzo młoda, a zachowywała się jak matka. Albo jak pani McCall. - Będę musiała coś załatwić, także weź to – Wyciągnęła klucz w jego stronę, a on go przejął. - Przebierz się i zanieś Malii ubrania dla niej. Przyniosłam jej trochę swoich ubrań. Kiedy przyszła tutaj po raz pierwszy, miała na sobie sukienkę, prawdopodobnie po swojej mamie, ale w tym jej będzie cieplej. Jej pokój jest pod numerem 122.
- Dziękuję. - Pani Marin odwróciła się na pięcie, przymykając za sobą drzwi. Stiles przebrał się szybko, chwycił ubrania dla Malii i zamknął za sobą pokój. Zszedł piętro niżej i stanął pod drzwiami z numerem 122. Czuł silny przypływ adrenaliny i czystej ciekawości. Otworzył drzwi, czemu towarzyszyło ciche piknięcie. Powoli wszedł do środka. W środku paliła się jedynie mała lampka na komodzie. Pokój w środku wydawał się być taki sam, jak u Stilesa. Malia siedziała po turecku na swoim łóżku, ale kiedy tylko go zobaczyła, od razu się zerwała.
- Od Marin – Wyciągnął ubrania w stronę dziewczyny, ta zabrała je od niego i niedbale rzuciła na łóżko. Chwyciła się za spód koszulki i zdjęła ją przez głowę. Stiles widział tylko jej plecy, ale powoli obrócił się do niej tyłem. Poczuł się zmieszany, a dziewczyna, jakby to wyczuwając lekko się zaśmiała. Ubrana już w szary sweter i dżinsy, minęła Stilesa i wyszła z pokoju. Stiles zrobił to samo i wychodząc zakluczył za sobą drzwi. Zeszli na parter. Znajdowali się w pomieszczeniu, w którym Stiles poznał Olivera. Jedyne, co musieli teraz zrobić, to czekać, aż pojawi się pani Marin. Malia usiadła na jednym z tapczanów, umieszczonych pod ścianami. Stiles zajął miejsce koło niej. Zegar na prawo pokazywał 21:40. Siedzieli chwilę w ciszy, którą Stiles chciał przełamać, rozpoczynając jakiś temat, ale trudno było nie wypaść na idiotę przy tej dziewczynie.
- To... Może opowiesz mi coś o sobie?
- Wszystko czego potrzebujesz wiedzieć, możesz przeczytać w gazetach.
- Nie chodzi mi o twoją przeszłość.
- A więc o co? Wszyscy tylko o to mnie pytają.
Stiles popatrzył się na chwilę na nią. Jej wielkie, brązowe oczy w mroku wydawały się być czarne. Długie, brązowe, lekko falujące się włosy otulały jej policzki, wydatne, ciemne usta pozbawione uśmiechu.
- Chcę wiedzieć jaka jesteś. Chcę wiedzieć co lubisz, czego nie lubisz. Chcę wiedzieć jaki jest twój ulubiony kolor, czy lubisz pizzę, czy wolisz noc od dnia, albo na odwrót.
W tym momencie Malia lekko drgnęła. Naciągnęła rękawy, chowając w nich swoje dłonie, które najwyraźniej chciała rozgrzać. Widząc pytający wzrok Stilesa, powiedziała:
- Mówiłam ci, że zawsze jestem zmarznięta.
Stiles doskonale wiedział, że ryzykuje życiem, ale wyciągnął swoje ręce i otulił swymi dłońmi jej dłonie. Malia drgnęła zaskoczona, ale nie zabrała rąk.
- Rzeczywiście zimne – Dziewczyna po raz pierwszy się zaśmiała. Jej śmiech był cichy, ale przyjemny. Siedzieli przez chwilę w ciszy, aż w końcu odezwała się Malia:
- Lubię las. - Stiles uniósł głowę i spojrzał na dziewczynę. Wzrok miała rozmarzony, ale nadal wpatrywała się w podłogę. - Przez dziesięć lat był moim jedynym domem. I lubię księżyc. - Stiles się zamyślił. A jeśli to wszystko, to rzeczywiście prawda? Czy to wszystko miało miejsce? Czy Stiles miał w tym jakiś udział? Mocniej zacisnął swoje dłonie na dłoniach Malii. Zdąrzyły się już lekko ogrzać. - Co to jest pizza? - Zapytała nieoczekiwanie. Stiles właśnie miał jej wyjaśnić, czym jest pizza, ale w tym momencie schodami na dół zeszła pani Marin. Malia szybko zabrała swoje ręce i podeszła do kobiety. Stiles poszedł w jej ślad.
- Zabiorę was do kliniki, ale nie zostanę tam z wami. Będę musiała tu jak najszybciej wrócić, aby dopilnować, żeby nikt nie zobaczył waszej nieobecności. Za mną.
Pani Marin wyjęła z kieszeni pęk kluczy, wybrała odpowiedni i otworzyła wielkie drzwi. Za nimi znajdowało się pomieszczenie, w którym Stiles ostatni raz widział swojego ojca. Pani Marin przeszła przez pomieszczenie do drzwi frontowych. Je również otworzyła odpowiednim kluczem, cicho, aby nie zrobić hałasu. Przepuściła przed siebie Stilesa i Malię i zamknęła za sobą drzwi. Zaprowadziła ich do swojego samochodu. Stiles nie miał większego wyboru i usiadł na tylnym siedzenie. Przez większość drogi pani Marin rozmawiała tylko z Malią. Zadawała pytania przede wszystkim dotyczące jej przemiany w wilka i spowrotem w człowieka. Klinika była jakiś kilometr od Domu Echa. Gdy tylko wysiedli z samochodu, pani Marin zawróciła. Budynek był niewielki, zbudowany z beżowej cegły, a na szybce wisiała plakietka "Zamknięte". Stiles lekko westchnął. Ukucną pod drzwiami i spojrzał na dziurkę od klucza.
- Nie masz jakiejś spinki, albo czegoś?
- Po co?
Stiles wstał i spojrzał uważnie na drzwi. Zrobił rozbieg i pobiegł w ich stronę, jednak Malia z dziką siłą i szybkością wyciągnęła rękę, zatrzymując go przed drzwiami. Popatrzyła na Stilesa poirytowana.
- Chcesz wyważyć drzwi?
- A co, masz jakiś lepszy pomysł?
Malia zabrała rękę z jego klatki piersiowej i zrobiła krok w stronę drzwi. Nadusiła na klamkę, a drzwi same się otworzyły. Weszła do środka, a Stiles podążył za nią.
- Dzięki Bogu. Naprawdę myślałem, że będę musiał zderzyć się z tymi drzwiami.
          W środku było cicho, było słychać jedynie cichy szmer w następnym pomieszczeniu. Przy jednym z blaszanych stołów stał mężczyzna o ciemnej karnacji. Trzymał na rękach małego, białego królika. Mężczyzna zabrał wzrok ze zwierzęcia i spojrzał teraz na Malię, a następnie Stilesa.
- Dobry Wieczór. Dobrze, że już jesteście. - Schował małego pupila do klatki i odłożył na jednym z mniejszych stołów za sobą. - Nazywam się Alan Deaton. Słyszałem o twoim przypatku, Malio Tate i myślę, że mógłbym ci pomóc, albo chociaż nakierować na dobry ślad.
- Czego pan ode mnie potrzebuje?
-Tylko kilka odpowiedzi.
Stiles przyglądał się uważnie całej sytuacji.
- Przecież ja pana znam! Pan jest szefem Scotta, prawda?
- Zgadza się. -Przytaknął mężczyzna.
- Niech zgadnę, pana zawodem jest ratowanie zwierząt, ale w wolnym czasie lubi pan również pomagać wróżkom ze złamanymi skrzydłami, albo wampirom z hemofobią?
- Wróżki nie posiadają skrzydeł – Widząc minę Stilesa, dodał – Do tego Wróżki to potoczna nazwa, tak naprawdę nazywają się one Ferie.
- No jasne, przecież to takie oczywiste...
Deaton się zbliżył.
- Widziałeś nadprzyrodzoność na własne oczy, a nadal nie wierzysz?
Stiles się nie odezwał, sam nie wiedział już w co wierzyć. Deaton usiadł na jednym z krzeseł i oparł się o metalowy stół.
- Dobrze, Malia. Najważniejsze w tym momencie są odpowiedzi.
- Pytaj. - Wzruszyła ramionami. Usiadła na krześle i oparła się łokciami o blat stołu. Stiles widział w niej lekkie spięcie.
- Tamtego dnia, kiedy był wypadek...
- Nie było żadnego zwierzęcia na drodze. Po prostu nagle zaczęło się coś ze mną dziać. Rzuciłam się najpierw na siostrę, a potem na matkę. Wjechaliśmy w drzewo, a potem jak odzyskałam kontrolę, zdałam sobie sprawę co się stało i uciekłam.
- Sprawdziłem w internecie, że w dniu wypadku księżyc był w pełni. Moje kolejne pytanie: czy nie napiłaś się kiedyś z kałuży, albo czy ktoś cię nie ugryzł? Zazwyczaj tak właśnie można się przemienić: poprzez ugryzienie, albo wypicie wody deszczowej z odcisku po łapie wilka.
- Chyba nie myśli pan, że ona jest wilkołakiem!? To niedorzeczne!
Deaton i Malia w tym samym czasie rzucili Stilesowi zirytowane spojrzenie.
- No dobra, już się zamykam.
Malia pokręciła głową.
- Pamiętałabym, gdyby ktoś mnie ugryzł. Zanim stałam się wilkiem, ani razu nie napiłam się z kałuży. Kolejne pytanie.
Deaton zastanowił się chwilę, zanim odpowiedział.
- Czy jesteś pewna, że obaj twoi rodzice są twoimi rodzicami?
- Oczywiście, że tak.
- Bo widzisz, gdyby twoi rodzice wiedzieli o twojej zdolności, to na pewno by cię o tym powiadomili.
- To są moi rodzice. Czy istnieją na to jeszcze inne rozwiązania?
Stiles miał powoli dosyć siedzenia w tym pomieszczeniu. Każde wypowiedziane tam słowo było nierealne, ale jednak małą cząstką siebie wiedział, co widział.
- Jest jeszcze jedno rozwiązanie. Musiałoby to być zaklęcie rzucone przez bardzo potężnego Czarownika.
- No jasne... Czarownicy...
- To zaskakujące jak bardzo małej wiary jesteś. - Doktor zwrócił się do Stilesa.
- Zna się pan na zaklęciach? – Malia najwyraźniej zignorowała zachowanie Stilesa. Patrzyła błagalnie na Deatona.
- Niewiele, skarbie. Ale mogę choćby zobaczyć, czy twój wewnętrzny wilk porzucił twoje ciało, czy nadal w nim jest.
Oczy Malii się rozszerzyły, wstała tak szybko, że niemal obaliła krzesło, na którym siedziała. Deaton wstał i wyjął z jednej z szuflad strzykawkę, do której wlał płyn o fioletowej barwie. Obrócił się w stronę Stilesa i Malii, ale to Stiles zrobił krok do tyłu.
- Co to do cholery jest!?
- Substancja zawierająca tojad, inaczej wilcze ziele. Wstrzyknę odrobinę Malii. Jeśli jej wewnętrzny wilk ciągle w niej jest, zobaczymy jego postać, jeśli już go w tobie nie ma, nic ci się nie stanie.
Stiles patrzył się na strzykawkę, jakby zaraz miał zemdleć. Malia zrobiła krok w stronę Deatona.
- Jestem gotowa.
- O Boże! - Stiles automatycznie odwrócił się tyłem do sytuacji.
- Jeśli chcesz poznać prawdę i zaufać swojemu instynktowi, musisz się odwrócić.
Stiles wziął kilka wdechów i odwrócił się w stronę Deatona i Malii. Mężczyzna podniósł lewą dłoń i chwycił dziewczynę za szyję. Malia przechyliła głowę na swoje prawo, opierając ją o rękę Deatona, tym czasem jego prawa ręka, w której trzymał strzykawkę uniosła się na poziom szyi Malii, a długa, gruba igła zanurzyła się w jej skórze. Deaton wcisnął strzykawkę i fioletowy płyn powoli wlał się w ciało dziewczyny. Malia się spięła, jej twarz przybrała wyraz bólu, z gardła zamiast krzyku wydobył się ryk, wysunęły się ostre kły, a oczy przybrały niebieską barwę. Kolor Oceanu Arktycznego, zimny i głęboki, błyszczący niczym Gwiazda Poranna. Takich oczu się nie zapomina.
Stiles na ten widok odskoczył do tyłu. Malia wyrwała się z rąk Deatona, a jej twarz wróciła do normalności. Zgięła się w pół i zaczęła kaszleć, z trudem próbując złapać oddech.
- C-co to było!? - Stiles nie odrywał wzroku od kaszlącej dziewczyny, potem przerażony spojrzał na doktora Deatona.
- To był Wilk, chłopcze. Przecież poznajesz?
Malia chwyciła się teraz metalowego blatu i powoli zaczęła się prostować. Na twarzy była cała czerwona, zawartość w strzykawce musiała źle na nią podziałać.
- Wiem co powinniście zrobić – powiedział mężczyzna. Popatrzył się troskliwie na Malię, upewniając się, czy wszystko już w porządku. - Malio, jeśli chcesz pozbyć się swojego wilka, będziesz musiała spotkać się z kimś... Potężniejszym ode mnie.
Malia wzięła kilka głębokich wdechów zanim odpowiedziała:
- Nie chcę się go pozbyć. Chcę się znowu nim stać.
Stiles popatrzył na nią całkowicie zbity z tropu. Nie miał pojęcia, że dziewczyna chce wrócić do bycia wilkiem.
- Skoro twierdzisz, że twoi rodzice są twoimi rodzicami, nie zostałaś nigdy ugryziona, nie napiłaś się deszczówki z odcisku po wilczej łapie... Pozostał ostatni sposób, jakim jest zaklęcie. Znam pewnego Czarownika. Twoja historia jest bardzo ciekawa, więc może pomoże wam bez konieczności zapłaty.
- Wam? Co mnie takiego z tym wszystkim łączy?
- Spotkałeś ją po raz pierwszy w dzień jej przemiany i po raz kolejny, kiedy przy tobie zamieniła się w człowieka. To nie może być przypadek. W jakiś sposób należysz do tej historii, a teraz musicie razem to zakończyć. Czarownik o którym wspomniałem nazywa się Magnus Bane. Jest on Wielkim Czarownikiem Brooklynu. Być może pozwoli Malii ponownie stać się wilkiem i pomoże wam odnaleźć osobę, która rzuciła na nią zaklęcie. Podam wam jego adres, lepiej zabierz ze sobą swojego Jeepa, Stiles. Pod waszą nieobecność, Marin zadba o to, aby nikt nie dowiedział się o waszym zniknięciu. I nie jedźcie sami, lepiej żebyś zabrał tam kogoś komu ufasz. - Zwrócił się do Stilesa.
- Czyli mam iść teraz do swojego domu po Jeepa i jechać do Brooklynu?
- Twój ojciec przekazał Scottowi twojego Jeepa na czas kiedy jesteś w Domu Echa, myślę, że to do niego powinieneś się zwrócić, aby jechał z tobą.
- Mój ojciec co zrobił!?
- Przenocujecie tutaj, rano zjawi się Scott i opowiesz mu całą historię. Podczas takiej sprawy powinieneś mieć ze sobą przyjaciela, Stiles.
Deaton wyszedł, a kiedy wrócił, przyniósł dwa materace, śpiwory i poduszki. Stilesa bolała głowa, kiedy myślał o tym, jak bardzo popieprzone się to wszystko stało. Wilkołaki, Czarownicy, Ferie... Minęła godzina 2:00, a Stiles dalej nie mógł spać. Bo w końcu jak zasnąć, kiedy dwa metry od ciebie leży dziewczyna-wilkołak? Obserwował, jak ciemne włosy okrywały jej twarz, kiedy spała. Malia poruszyła się i dopiero wtedy Stiles zobaczył, że ona również nie śpi, a przez cały czas jej oczy były przymknięte.
- Też nie możesz spać? - Malia się nie odezwała, ale odpowiedź była oczywista. Stiles przegryzł wargę – Opowiedzieć ci bajkę?
- Po co miał byś to robić?
- No nie wiem... Żebyś zasnęła, to chyba pomaga...
Dziewczyna wzruszyła ramionami i odwróciła się do niego plecami.
- Jak chcesz.
Stiles się rozchmurzył. Ułożył się na plecach i wpatrując w sufit, zaczął opowiadać.


- Dawno, dawno temu w odległej galaktyce...






Cześć, Kojoty ♥
Rety, mam nadzieję, że ten rozdział nie był do dupy :c
Pod ostatnim rozdziałem było trochę mniej komentarzy, ale mam nadzieję, że się Wam podobał c:
A co myślicie o tym rozdziale? Koniecznie skomentujcie, piszcie co myślicie, poprawki mile widziane c: Zostawcie po sobie choćby "Przeczytał*m", żebym widziała ile osób czyta moje ff.
I napiszcie mi, czy przypadkiem ten rozdział nie był.. jakby to powiedzieć... "mętny"?
Idę się uczyć chemii :'c Możecie mi zostawić świeczkę w komentarzu XD
Dziękuję za przeczytanie, do zobaczenia ♥
XOXOXO

środa, 27 stycznia 2016

#4 Trust your instinct

                Budzik stojący na komodzie obudził Stilesa o 7:00. Leniwie wygramolił się z łóżka, musiał przejść na drugą stronę pokoju, aby go wyłączyć. Prztarł oczy palcami, próbując się rozbudzić. Nie spał całą noc. Powodem tego był fakt, że nie potrafi zasnąć bez swojej poduszki, ale i również to, czego się wczoraj dowiedział. Malia Tate została odnaleziona i jest razem z nim w psychiatryku. Stiles próbował zrozumieć, dlaczego dziewczyna go uderzyła, ale nie znał na to żadnego sensownego wyjaśnienia. Zabrał z komody czyste ubrania, ręcznik i płyn do mycia, który również otrzymał. Szarpnął za klamkę, drzwi były już otwarte. Na początku miał mały problem ze znalezieniem pryszniców, ale w końcu znalazł białe drzwi, a dalej w tyle kolejne. Otworzył te z oznaczeniem dla mężczyzn. Ze środka buchnęła para. Stilesa zapiekły oczy, zamrugał kilkakrotnie i w końcu wszedł do środka. Podszedł do jednej z umywalek. Ubrania i ręcznik powiesił na wieszaku obok, a płyn postawił na umywalce. Przemył twarz chłodną wodą, aby wyrwać się ze zmęcznia. Wytarł twarz w ręcznik, przejrzał się w lustrze, ale było zaparowane. Przetarł dłonią zaparowane lustro. Poprawił włosy wpatrując się w swoje odbicie. Jego wzrok dostrzegł w oddali prysznice, a w jednym z nich...
Dziewczynę.
A dokładnie Malię Tate.
Stała do niego tyłem, ale głowę miała obróconą w jego stronę. Uśmiechała się do niego wesoło. Stiles zszokowany wykonał obrót. Dziewczyna nadal tam była z tym samym uśmieszkiem na twarzy. Szybko obrócił się z powrotem plecami do niej. Wydał zławiony dźwięk.
- Nie martw się, nie wszedłeś przez przypadek do damskiej toalety.
- Dzięki Bogu. - Zerknął jeszcze na chwilę na odbicie dziewczyny. Tym razem patrzyła się przed siebie. Stiles obrócił się lekko w prawo, stał teraz do niej bokiem. Odchrząknął lekko – Więc co... Co ty robisz w męskiej łazience?
- Biorę prysznic.
- Widzę. To znaczy, widziałem. To znaczy, nie żebym coś widział, naprawdę. Było za dużo pary... Nie, żebym chciał, żeby było mniej pary...
- Słuchaj, nie obchodzi mnie to. - Stiles skarcił siebie w myślał za każde idiotyczne słowo. Cieszył się, że dziewczyna mu przerwała, nie wiadomo co głupiego mógłby jeszcze palnąć. - W lesie nie było żadnych damskich i męskich toalet.
Stilesa zamurowało. Skąd ta dziewczyna wiedziała, na czym polega obsesja Stilesa? Czy ona właśnie się z niego naśmiewała?
- I jeśli naprawdę chcesz wiedzieć, to tutaj woda jest znacznie cieplejsza niż w damskiej toalecie. Odkąd zamieniłam się z powrotem w człowieka, jestem ciągle zmarznięta.
Stiles zastanowił się chwilę. Nie miał zamiaru dać się wyśmiewać, za to co widział. Albo raczej, za to co mu się wydaje, że widział.
- Może masz po prostu niską temperaturę rdzenia? A może jesteś chora...
- Albo po prostu przywykłam no noszenia futra? - Dziewczyna po raz kolejny przerwała mu w środku zdania. Stiles przestał się z nią kłócić. Zamierzał po prostu poczekać, aż Malia się ubierze i wyjdzie, żeby on mógł się umyć. Usłyszał piszczący dźwięk zakręcającego się korka. Stiles zerknął lekko w jej stronę. Dziewczyna chwyciła ręcznik i wyszła spod prysznica, ale nie okryła się nim. Szła w jego stronę.
- Teraz się patrzysz. - Chłopak zapatrzył się i teraz szybko wbił wzrok w podłogę.
- Nie, wcale nie.
- Więc co robisz? - Kątem oka zobaczył, że dziewczyna już okryła się ręcznikiem. Powoli obrócił się w jej stronę.
- Zastanawiałem się, dlaczego mnie uderzyłaś.
- Myślałeś, że ci podziękuję? - Stiles się nie odzywał. Poprostu patrzył się na dziewczynę starając się zrozumieć, o co jej w tym wszystkim chodzi. - Okej, jak masz na imię?
Po chwili odpowiedział zachrypniętym głosem:
- Stiles.
- Okej, Stiles. Dziękuję ci. Dzięki za przemienienie mnie z powrotem w człowieka, żebym mogła codziennie patrzeć mojego ojca i zastanawiać się... - Jej głos lekko zadrżał – I zastanawiać się jak mu powiedzieć, że w dzieciństwie zamieniłam się w zwierze, zagryzłam naszą rodzinę i przez dziesięć lat żyłam w ciele wilka, kiedy on myślał, że zostałam porwana. Jak myślisz dlaczego tutaj jestem!? Powiedziałam mu to. Powiedziałam mu prawdę, a on stwierdził, że oszalałam! I przyprowadził mnie tutaj!
Oszalałaś – pomyślał.
- Nie rozumiem, co to ma wspólnego ze mną?
W dziewczynie coś eksplodowało. Chwyciła mocno jego koszulkę w garści i przygwoździła go do ściany. Stiles był zszokowany, a siła dziewczyny była tak ogromna, że przez chwilę nie mógł złapać oddechu, przez uderzenie pleców o ścianę.
- Przestań sobie ze mną pogrywać, jasne? Byłeś tam! Byłeś tam kiedy się zamieniłam i zabiłam swoją rodzinę i byłeś tam, kiedy z powrotem zamieniłam się w człowieka! Jak to zrobiłeś, co? Jak mnie zamieniłeś i jak z powrotem przywróciłeś!? - W jej oczach Stiles widział czystą odrazę oraz nienawiść. Zdawało mu się, że przez chwilę głęboko z jej brązowych oczach dostrzegł migający morski odcień błękitu.
- O co ci chodzi!? To mi się wydawało! To wszystko to były tylko halucynacje!
Malia puściła jego koszulkę. Miała grobowy wyraz twarzy.
- Oh, czyżby? A czy ja jestem tylko halucynacją? - Stiles zmierzył dziewczynę. W głowie miał mętlik. - To zdarzyło się naprawdę, jak możesz w to nie wierzyć? Przycież widziałeś! Jeśli nikt inny mi tutaj nie wierzy, to chociażby ty powinieneś! - Jej głos lekko drżał. Stiles przez chwilę myślał, że dziewczyna się rozpłacze, ale nie wyglądała na tego typu dziewczynę. - Proszę cię, powiedz, że wierzysz w to co widziałeś.
Chłopak się nie odzywał. Najwyraźniej Malia nie miała zamiaru dłużej czekać. Zabrała swoje rzeczy i boso wyszła z łazienki. Stiles wstrząśnięty zdjął z siebie ubranie, zabrał płyn do mycia, który zostawił na umywalce i wszedł pod ten sam prysznic, pod którym chwilę temu myła się Malia. Poczuł gorąco wody lejące się po jego skórze, karku, barkach, klatce piersiowej i plecach. Wziął szybki prysznic, ale w miedzy czasie doszedł do wniosku, że musi jeszcze raz porozmawiać z tą dziewczyną. Może jakimś cudem naprawdę nie zwariował?

               Stiles po przebraniu się wrócił do swojego pokoju. Przesiedział tam tylko 10 minut, po czym o 8:00 wstawił się na stołówce. Kiedy dostał swoją porcję składającą się z kanapki i jakiejś sałatki, rozejrzał się za wolnym miejscem. Kilka stolików dalej zobaczył Olivera kiwającego mu, wysoko unosząc rękę. Dosiadł się do niego. Oliver błyskawicznie zjadł swoją porcję, ale nie wydawał się nasycony. Stiles po posiłku pokręcił się z nim po dziedzińcu, mieli jeszcze pół godziny wolnego czasu. W międzyczasie szukał wzrokiem Malii, ale nigdzie jej nie widział. Oliver opowiedział mu trochę o tym, jak wyglądają zajęcia. Zazwyczaj tutejszy pedagog, w tym przypadku niejaka pani Marin przygotowuje dany temat psychologiczny, na przykład: lęk, radość, smutek. Rozmawiają o swoich odczuciach i wyrażają swoje zdanie. Oliver i Stiles ruszli do sali w której mieli odbyć swoje zajęcia. Stiles starał się zapamiętać drogę, żeby nie mieć potrzeby prosić kogoś o pomoc, kiedy będzie musiał iść tam kolejny raz. Weszli przez białe drzwi. W środku było jasno. Pierwszą rzeczą jaką dostrzegł Stiles, były krzesła ustawione w koło. Na niektórych już zajęli miejsce pacjęci, inne były jeszcze puste. Stiles i Oliver zajęli miejsca obok siebie. Oparł się o oparcie krzesła i poczuł ból. Plecy miał ciągle obolałe od uderzenia o kafelki ściany w łazience. Pomasował kark i lekko stęknął. Poczuł, że ktoś się mu przygląda. Na przeciwko Stilesa siedziała Malia. Chyba lekko rozbawiło ją zachowanie Stilesa. Teraz już wszystkie miejsca były zajęte. Kobieta o długich, ciemnobrązowych, rozpuszczonych, prostych włosach otworzyła zieloną teczkę z której wyjęła jakąś kartkę, a potem spowrotem zamknęła ją.
- Witam wszystkich. Dołączyło do nas wczoraj dwóch kolegów, proszę przywitajcie... - Przeczytała coś na kartce – Bruce'a – Z jednego z krzeseł podniósł się chłopak o chudej twarzy, dziwnie długiej szczęce i czarnych potarganych włosach. Lekko skinął głową do pani Marin. - I drugiego kolegę... - Zacięła się, próbując przeczytać jego imię. Stiles wstał.
- Stiles. - I również skinął głową w jej kierunku. Kobieta uśmiechnęła się lekko. Stiles zobaczył kątem oka, jak Malia się mu przygląda. Usiadł z powrotem na swoje miejsce.
- Dobrze, mam nadzieję, że będziecie się tutaj dobrze czuli i będziecie chętni, aby sobie pomóc. - Stiles kiwnął głową w potwierdzeniu. Domyślił się, że tamten chłopak zrobił to samo. - W takim razie zacznijmy od sprawdzenia obecności.
Pani Marin zrobiła tak jak powiedziała. Po sprawdzeniu obecności ogłosiła temat dzisiejszych zajęć, a mianowicie: poczucie winy.
- Malia, mówiłaś coś ostatnio na temat poczucia winy.
- Mówiłam, że boli mnie wtedy żołądek.
Stiles próbował być skupiony na zajęciach, ale większość jego myśli krążyła wokół tamtej nocy, kiedy wilk na oczach Stilesa zamienił się w dziewczynę. Nie patrzył wtedy na nią zbyt długo, ale starał się przypomnieć sobie wygląd jej twarzy. Teraz spojrzał na Malię. Odwzajemniała jego spojrzenie. I pomimo, że Stiles wiedział, jak bardzo jest to absrdalne, ale ta dziewczyna, którą widział była tak bardzo podobna do tej, która właśnie teraz przed nim siedzi. Tak bardzo podobna, że mogłaby być nią.
- Stiles, a jak ty odczuwasz poczucie winy?
Stiles był w tym momencie wyłączony, także poprosił o powtórzenie pytania.
- Denerwuję się wtedy.
Pani Marin nie zadawała mu na szczęście więcej pytań. W pewnym momencie spojrzała na wiszący po jej lewej zegar i oznajmiła koniec zajęć. Wszyscy leniwie ruszyli w stronę wyjścia. Pani Marin zawołała jeszcze za Stilesem.
- Stiles, czy mógłbyś ze mną na chwilę porozmawiać? - Chłopak skinął głową. Poczekali, aż wszyscy opuszczą salę. Ostatnia osoba zamknęła za sobą drzwi. Stiles odwrócił się, aby być twarzą do kobiety. Nie wyglądała na taką spokojną i delikatną jak chwilę temu. Wyglądała poważnie.
- Chciała pani ze mną rozmawiać?
- Tak. To bardzo ważne i musisz mnie uważnie słuchać, bez znaczenia na to, jak bardzo absurdalne to będzie. - Nie takiej odpowiedzi się spodziewał, ale poczekał, aż kobieta będzie kontynuować. - Stiles, nie zwariowałeś. Wszystko co widziałeś zdarzyło się naprawdę. Malia także nie zwariowała. Jesteś jedynym światkiem tego co się wydarzyło i tylko ty możesz jej pomóc dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi. - Sięgnęła do swojej kieszeni i wyjęła z niej kartkę. Dała ją Stilesowi. - Porozmawiaj z Malią. Jesteś jej jedynym ratunkiem. Na tej kartce masz zapisany ares, gdzie musisz jechać. Tam pracuje ktoś, kto być może wam pomoże, a być może wyśle was do kogoś innego. Możesz mu zaufać.
Stiles spojrzał na kartkę. Był na niej zapisany adres kliniki dla zwierząt.
- Zaufaj swojemu instynktowi, Stiles.






            ***                  
I to by było chyba na tyle ^^
Dziękuję Wam za każdy komentarz, są one dla mnie bardzo ważne ♥
Jeju jesteście supi, naprawdę :D
Mam nadzieję, że jeśli już przeczytacie ten rozdział to również zostawicie komentarz.
Chociażby głupie "Przeczytał*m" naprawdę mnie ucieszy ^^
Wywnioskowałam po poprzednich komentarzach, że poprzednie rozdziały Wam się podobały i mam nadzieję, że ten nie będzie wyjątkiem :)
Włożyłam w niego mnóstwo czasu, ale jest.
AAAA kto ze mną czeka za napisami do nowego odcinka Teen Wolf?
Jestem pewna, że nasze dwa aniołki do siebie wrócą :3
Dziękuję wam za to, że jesteście ♥
Jeszcze raz ślicznie proszę o choćby króciutki komentarz.
Krytykę przyjmuję na klatę, a uwagi mi bardzo pomogą, jeśli takowe są :)
Kocham Was, do zobaczenia!
♥♥♥

sobota, 9 stycznia 2016

#3 Broken boy meets broken girl

            Bębniące krople deszczu zamazywały szary obraz ulicy za oknem. Pogoda już od dwóch tygodni była wyjątkowo deszczowa. Pan Stilinski skręcał właśnie w lewo, kiedy Stiles zaczął mu się uważniej przyglądać. Ostatnio często pił, ale dzisiaj był trzeźwy. Stilesa nie dziwiło zachowanie jego ojca. Zastanawiał się, czy on też by się tak zachowywał, gdyby to jego syn zwariował. Ostatnie dwa tygodnie były bardzo ciężkie. Jego tata wrócił ze szpitala kilka dni po operacji. A w domu nie czekała go ciekawa wiadomość. Kiedy przekroczył drzwi do salonu, na jednym z foteli siedziała pani Alice. Mówiła, że nie chciała go tak atakować, ale była tym zmuszona. Szeryf musiał jak najszybciej o wszystkim wiedzieć.
- Rozmawiałam z nim – Wyglądała na poddenerwowaną, ale mówiła spokojnie, aby nie wystraszyć pana Stilinskiego. - Dwa dni po pana operacji. Ale prawie mnie nie słuchał. Ciągle tylko mówił o tej dziewczynie, że jest gdzieś tam w lesie, że musimy ją znaleźć. Opowiadał o tym, jak wyglądała jej przemiana. Jest całkowicie pewien, że to mu się nie wydaje. On uważa, że to zdarzyło się naprawdę. Próbowałam mu wytłumaczyć, że to wszystko przez emocje, że bał się o pana. Ale on... - Przerwała. Bała się przyznać do czego zmierza.
- Co ma pani na myśli? Co mam zrobić? - Zadawał pytania, na które jak się domyśliła Alece, znał odpowiedzi.
- Obawiam się, że moja pomoc już tutaj nie wystarczy. Ani żadnego innego zwykłego psychologa. - Odkąd mężczyzna zaparzył jej herbatę, jeszcze jej nie tknęła. Pan Stilinski opadł ciężko na oparcie fotela.
- Co mam zrobić? - Powtórzył. Wyglądał na wykończonego. Najpierw secrce, teraz to.
- Bardzo przykro jest mi to panu mówić, panie Stilinski, ale w przypadku pana syna, potrzebna jest tutaj specjalna terapia. Najbliższym psychiatrykiem jest Dom Echa, kilka kilometrów od Beacon Hills. - Mężczyzna przetarł oczy dłonią. Kobiecie zrobiło się go okropnie żal. Ale przecież pomagała. - Niech zostanie tam na kilka tygodni. Lekarze ocenią jego stan i zobaczymy co dalej. - Wstała i zabrała swoje rzeczy. Nie miała już czasu wypić herbaty. - Życzę panu zdrowia – Następnie cichszym głosem dodała – I Stilesowi również.
Widząc, że mężczyzna nie wstaje, żeby ją odprowadzić, sama ruszyła w stronę drzwi wyjściowych. Ojciec przez całą drogę się nie odzywał. Stiles próbował coś powiedzieć, ale słowa jakoś nie chciały mu się ułożyć w zdania. Przestali rozmawiać od czasu, kiedy Stiles zaczął namawiać go, aby zaczął szukać owej dziewczyny. Ojciec nie chciał o tym w ogóle słyszeć. Ale Stiles nie ulegał. Dopiero kiedy ojciec powiedział mu, że oszalał i że zabiera go do psychiatryka, Stiles przestał nalegać. Sam zaczął się zastanawiać, czy nie zwariował. Dojeżdżali już na miejsce.

          Dom Echa to obszerny budynek, ale nie wyglądał na jednego z nowszych. Wysiedli z samochodu i po schodach weszli do budynku. W środku było niemalże pusto. Stiles domyślił się, że do tego pomieszczenia pacjęci mieli zakaz wstępu. Jego też to będzie niedługo dotyczyć. Podszedli do rejestracji. Stała przy nim młoda kobieta o sympatycznej twarzy. Czarne włosy miała spęte w kucyka, a na sobie biały kostium z plakietką.
- Dzięń dobry. W czym mogę pomóc?
- Przedwczoraj zarejestrowałem tutaj swojego syna.
Kobieta kliknęła coś na komputerze. Komputer – to jakiś postęp.
- Nazwisko?
- Stilinski.
Wpisała nazwisko, wyszukała jeszcze kilka potrzebnych rzeczy.
- Dobrze... - Sięgnęła pod ladę po średniej wielkości plastikowy koszyk. - Proszę opróżnić zawartości kieszeni. Wszystko.
Stiles zanużył dłonie do kieszeni spodni i wyjął z nich tylko gumę do rzucia i kilka papierków po cukierkach.
- Komórkę i wszystko inne zostawiłem w domu.
- Świetnie. - Skomentowała. Schowała koszyk spowrotem pod ladę. Sięgnęła teraz po klucz z jednej z szuflad. Ponownie spojrzała na ekran komputera.
- Pokój numer 159 dla pana... - Zmrużyła oczy, próbując przeczytać jego imię.
- Stiles.
- Dobrze... Zaprowadzę cię na miejsce.
Odeszła zza biurka i poszła w stronę schodów. Zatrzymała się przy nich, czekając na Stilesa. Tymczasem on wpatrywał się w swojego ojca, który wyglądał, jakby kłócił się z samym sobą.
- Nie zabrałeś swojej poduszki. Mogę po nią wrócić.
- Tato, jest okay. Dam sobie radę bez jakiejś tam poduszki.
- A-Ale ty nie możesz bez niej spać! Nie zostawię cię tutaj samego, jeśli nie będziesz mógł spokoje przespać choćby jednej nocy!
- Tato, nie spałem spokojnie ani jednej nocy od kilku tygodni...
Teraz oczy jego ojca wypełniły się lekko łzami. Nie wiedział co powiedzieć, ale Stiles nie potrzebował słów. Podszedł do swojego ojca i mocno go obiął. Po chwili poczuł odwzajemnienie uścisku. Stali tak chwilę wtulając się w siebie, aż w końcu Stiles zrobił decydujący krok w tył. Odwrócił się w stronę schodów. Kobieta wyglądała tym razem na lekko znudzoną. Stiles nabrał wątpliwości co do jej sympatyczności. Kobieta poszła przodem, po krętych schodach. Opowiadała coś Stilesowi, ale on nie słuchał. Odkluczyła drzwi z numerem 159 i gestem ręki zaprosiła go do środka.
- W komodzie masz ubrania dzienne i piżamę. Zostałeś również zaopatrzony w środki higieny osobistej. Rozpiskę co do godzin posiłków, spotkań i lekcji masz na ścianie. Są na niej również wypisane wszystkie panujące tutaj zasady. Jeszcze godzina do zamykania pokoi, a teraz rozgość się.
I zanim chłopak zdąrzył coś odpowiedzieć, kobieta zamknęła mu drzwi przed nosem.
- Super. - Rozejrzał się po pokoju. Był nijaki. Szary, a chyba jedną w nim kolorową rzeczą była różowa zasłonka. Na lewej łóżko, na przeciwko okno, na prawo komoda i kolejne drzwi. Stiles zajrzał do środka i zobaczył małą łazienkę, w której znajdowała się jedynie toaleta i umywalka. Zapewne prysznice są wspólne dla wszystkich. Położył się na plecach na niewygodnym łóżku i wpatrywał chwilę w szary sufit. W sumie, miał jeszcze godzinę. Wstał i zerknął na regulamin.
"Pacjenci podczas wolnego czasu mogą poruszać się po dziedzińcu, korytarzach jak i salonie. Zabrania się wchodzenia do czyjegoś pokoju."
Potem przyjrzał się planowi dnia. Nie był bardzo skomplikowany. Rano o 8:00 śniadanie, po śniadaniu 30 minut przerwy, terapia, zajęcia, o 15:00 obiad, po obiedzie godzina przerwy, terapia, zajęcia, czas wolny do 21:00, o tej godzinie zamykane są wszystkie pokoje. Była godzina 20:00, a Stiles nie zamierzał siedzieć w jednym miejscu. Nie tyle co nie chciał, ale nie pozwalała mu na to jego choroba ADHD jak i zwykła ciekawość. Zrzucił z siebie ubranie i założył szary komplet, który otrzymał i czarne tenisówki. Wszedł do łazienki, żeby przejżeć się w lustrze, ale nawet go tam nie było. Wyszedł z pokoju i zszedł schodami kilka pięter niżej. Rozglądał się trochę po korytarzach, ale nie było w nich nic ciekawego. Co jakiś czas tylko minął jakiś pacjentów. W końcu doszedł na parter. Na prawo zobaczył ogromne drzwi, które jak się domyślił Stiles, prowadziły do sali, w której żegnał się ze swoim tatą jeszcze chwilę temu. Tutaj było znacznie więcej ludzi. Wszyscy, oprócz terapeutów nosili podobne stroje do tego, co miał na sobie Stiles. Chłopak rozglądał się po sali, starając się znaleźć kogoś, kto wyglądałby na tyle normalnego, aby dało się z nim pogadać. Po drugiej stronie, przy regale z książkami zobaczył chłopaka. Szatyn z poterganą czupryną, troszkę przy kości i o pół głowy wyższy od niego. Stiles nigdy nie angażował się za bardzo w zdobywaniu nowych znajomości. Zawsze wystarczał mu Scott. Zbliżył się do chłopaka i stanął obok niego. Nieznajomy wodził wzrokiem po stronie książki. Zauważył Stilesa dopiero, kiedy ten się odezwał:
- Hej, co czytasz?
- "Jasper Jones"
- Ciekawa?
- Bardzo! - Chłopak niemal krzyknął podekscytowany. - Najlepsza jest końcówka!
Stiles przyjżał się uważniej książce. Chłopak nie był jeszcze nawet w jej połowie.
- Skąd wiesz jak się skończy? Czytałeś ją?
Chłopak głośno zarechotał.
- Pewnie! Dziewięć razy! - Stiles zrezygnował ze skomentowania tego. - Jesteś nowy, prawda? Jestem Oliver.
Wyciągnął jedną rękę, w drugiej ciągle trzymając książkę.
- Stiles – Ujął jego dłoń. Chyba mógłby polubić tego chłopaka.
- Co cię tu sprowadza, Stiles? - Poczuł się jak idiota, kiedy odpowiadał na pytanie:
- Wydawało mi się dwa razy, że widziałem wilka o jarzących się, błękitnych oczach. Za drugim razem wilk zamienił się dziewczynę i uciekł w głąb lasu. - Spodziewał się, że ten zacznie się z niego śmiać, albo coś powie na jego temat, ale ten tylko zapytał bez najmniejszej dyskretności:
- Była naga?
Stiles poczuł się przez chwilę nieswojo, że chłopak tak głośno zadał takie pytanie, przy tak wielu ludziach. Ale widząc, że nikt raczej nic nie usłyszał zaśmiał się cicho pod nosem.
- Pewnie.
- Ekstra. - Chłopak zamknął książkę i odłożył ją na półkę. - Chciałbym mieć takie zwidy. - Zaśmiał się. - Widziałeś dziedziniec? - Stiles odpowiedział mu kręcąc głową. - Oprowadzę cię.

          Dziedziniec znajdował się za budynkiem. Roiło się tam od ludzi w szarych ubraniach. Obaj zeszli po murowanych schodach. Oliver oprowadzając Stilesa, wskazywał palcem na różne osoby i opowiadał o tym, jak się tu znaleźli i skąd przybyli. Stiles dowiedział się, że jest tam mnóstwo osób, twierdzących, że są Jezusem.
- A tobie co jest? - Stiles zatrzymał się mniej więcej na środku dziedzińca. - Jak się tu znalazłeś? - Oliver zatrzymał się na chwilkę i zastanawiał nad czymś. Wyglądał, jakby chciał sobie przypomnieć, dlaczego tam jest.
- Jestem tu już dość długo – Przyznał – Mówią, że miałem problemy z pochamowaniem emocji. Chyba zrobiłem komuś krzywdę.
- Niczego nie pamiętasz?
- Nie. I nie myślę o tym zbyt dużo. Wypychają mi gardło tymi białymi tabletkami na uspokojenie.
Stiles wyłączył się na chwilę pogrążając się w myślach, co zdarza mu się bardzo często.

Rozejrzał się po okolicy. Dziedziniec był znacznie ładniejszy, niż wewnątrz Domu Echa.
Zmróżył na chwilę oczy próbując się przyjrzeć szczegółom w oddali. Nagle jego wzrok dostrzegł pewną dziewczynę. Stała odwrócona do niego tyłem. Ale było w niej coś znajomego... Stiles przyglądał się uważnie jej figurze, odcieniowi jej włosów. Może i był szalony, ale tak czy siak musiał to zrobić. Szybkim krokiem ruszył w jej stronę. Usłyszał, jak Oliver pyta się go, dokąd idzie.
- Hej! Hej, ty.. - Poczuł się strasznie głupio, że właśnie tak krzyczał na dziewczynę, ale nie znał jej imienia. Dziewczyna odwróciła się w jego stronę i spojrzała na niego. Stiles zatrzymał się gwałtownie – Hej... - Jak zwykle odebrało mu mowę – Wiem, że to dziwne pytanie, ale czy my się wcześniej nie spotkaliśmy? - Dziewczyna patrzyła się na niego zakłopotana. Stiles zaryzykował i wreszcie zadał dręczące go pytanie – Nie spotkaliśmy się przypadkiem w lesie dwa tygodnie temu? - Uderzony pięścią runął na ziemię zdezorientowany. Dziewczyna już szykowała się, aby ponownie się na niego rzucić, ale wtedy przez dziedziniec przedarł się krzyk jakiegoś mężczyzny:
- Malia! - Stiles zobaczył jak ten łapie ją i próbuje unieruchomić jej ręce. - Jeszcze jeden taki wybryk, pani Tate, a nie skończy się to dla pani dobrze.
Stiles poczuł, jak silne ręce podnoszą go z ziemi. Nie był to jednak pomocny uścisk.
- Hej, hej! To ona mnie uderzyła!
Mężczyźni zaczęli wyprowadzać go z dziedzińca. Ku uldze chłopaka, zaprowadzili go do jego pokoju. Stiles usiadł na łóżko, próbując pozbierać myśli. Głowa go strasznie bolała, jak i policzek. Skąd on znał te nazwisko? Przez dobre 20 minut powtarzał w kółko:
Malia Tate. Malia Tate. Malia Tate. Malia Tate. Malia Tate.
Aż w końcu olśniony wyprostował się.
Ta Malia Tate.







~ Hello, my Werecuties ♥ ~

Mam ogromną nadzieję, że rozdział Wam się podobał.
Wcale nie jest 00:44 XDD
Ah, ta wena, kiedy jej potrzeba, to jej nie ma, a kiedy jest, to zawsze w nieodpowiednim czasie :)
Właśnie mnie mama zaczęła wyzywać, ale ciii xd
Dziękuję Wam za każdy komentarz, bo to właśnie one mnie zmotywowały do napisania tego rozdziału. I zachęcam oczywiście do komentowania, bo to komentarze dają wenę.
Więcej komentarzy --> większa wena --> szybciej rozdziały   <3
Dziękuję Wam, że jesteście ♥
Dobra idę spać, dobranoc :D
xoxoxo

środa, 16 grudnia 2015

#2 Nightmare has a soul

           - Mówię ci, jeszcze kilka mocnych treningów i boisko będzie nasze. - Stiles i Scott wchodzili schodami na dziedziniec szkoły. Scott śmiał się pod nosem, próbując zrujnować marzenia przyjaciela o jakiejkolwiek szansie na czynny udział w ostatnim meczu lacrosse'a w liceum. To był ich ostatni rok, a właściwie ostatnie dwa miesiące. Scott widział determinację Stiles'a, ale znał go na tyle dobrze, że wiedział, że gdyby przyznał mu rację o istnieniu szansy, wtedy Stiles pozwałby go o kłamstwo i dawanie mu bezsensownej nadziei. - Dzisiaj wieczorem zbierasz swój tyłek z kanapy i przychodzisz na boisko, albo cię zniszczę. Słyszysz mnie?
- Dzisiaj nie dam rady... - Odpowiedział z lekkim uśmieszkiem na ustach.
- No to cię zniszczę. - Stiles stanął przed nim torując mu drogę. Rzucił mu miażdżące spojrzenie. - Co tym razem? - Kiedy uśmiech Scotta zaczął się powiększać, odsłaniając białe zęby, wszystko było jasne. Stiles wywrócił oczami tak mocno, że aż go zabolało – Allison.
- Spotykamy się dzisiaj. - Stiles zszedł przyjacielowi z drogi i wyrównał z nim krok.
- Co tym razem? Kino, a potem seks? Basen, a potem seks? Obiad, kino, a następnie seks? A może sam seks?
- Jesteś zazdrosny. - Zarzucił mu Scott. I po chwili dodał. - Idziemy na łyżwy.
Stiles stanął jak wryty.
- Scott, bracie. Jesteś tego pewny? Rozumiem skok na bungee, ze spadochronu, nurkowanie w Oceanie Spokojnym pełnym rekinów, ale łyżwy? - Scott rzucił mu zirytowane spojrzenie.
- Przestań, nie jestem w tym aż tak zły...
Stiles popatrzył na niego z żalem.
- Scotty, już pingwiny lepiej latają, niż ty jeździsz na łyżwach. Pamiętasz jak to się dla ciebie ostatnio skończyło?
Scott pamiętał i to nawet za bardzo. Złamane żebro, zwichnięta kostka u lewej nogi, zbity nos i poobijane kości. Stali teraz pod schodami szkoły.
- W końcu ty też sobie kogoś znajdziesz.
Stiles spojrzał za przyjaciela i zobaczył dwie zbliżające się do nich, szczupłe postacie.
Westchnął.
- Ja nie chcę "kogoś". Ja chcę ją.
Dwie postacie podeszły do nich. Jedna z nich, wysoka szatynka o włosach ściętych do ramion, ubrana w T-shirt i dżinsy, stanęła lekko na palcach i pocałowała Scotta. Niższa, o długich, rudych włosach, ubrana w zieloną sukienkę i szpilki, posłała Scottowi niechętny uśmiech, a potem wróciła wzrokiem do swojej komórki.
- Cześć, Lydia. – Powiedział śmiało Stiles. Dziewczyna spojrzała na niego i go zmierzyła.
- Cześć... - Zastanowiła się chwilę, jakby chciała przypomnieć sobie jego imię, a raczej ksywę, bo Stiles prawie nikomu nie zdradza swojego imienia. Nie jest to żadna tajemnica, ale Stiles, jak wszyscy inni nie potrafi go wymówić. Zrezygnowana wróciła do swojego zajęcia. Właśnie Stiles otworzył usta, aby powiedzieć jej jakiś komplement, kiedy ona uniosła głowę i zaczęła wyrywać Allison z rąk Scotta.
- Alli, widzę Jacksona. Chodź, idziemy! - I porwała przyjaciółkę ze sobą. Szatynka odchodząc, posłała swojemu chłopakowi promienny uśmiech.
- A ty co o tym myślisz?
- Że co? - Stiles był kompletnie wyłączony przez moment.
- Lydia zaproponowała mi i Allison podwójną randkę z nią i Jacksonem. Co o tym myślisz?
- Myślę, że jeśli ty i Alli tego chcecie, to idźcie. W końcu lepsze to, niż łyżwy.
- Sam nie wiem... Ja i Jackson... No wiesz.
- Nienawidzicie się? Wiem. Też nie znoszę tego typa. - Patrzył morderczym wzrokiem na Jacksona przyciągającego do siebie rudowłosą królewnę, bawiącego się kosmykami jej włosów, dotykającego ją i całującego – Nawet nie wiesz jak bardzo.

           - Pół czasu! Pół czasu treningu zajmuje wam przebieranie się! Pół czasu stracone na zmienianie skarpetek! Danny, podciągnij spodnie! Jackson załóż wreszcie koszulkę! Chociaż w sumie, gdybym miał takie ciało jak ty, też bym chodził bez. Ale to nie klub striptizowy! A ty Greenberg... - Popatrzył na biednego chłopaka w kącie szatni – Ty możesz wyjść. W zasadzie nawet nie wiem co tu jeszcze robisz... - Odwracając się markotał jeszcze pod nosem – Jeszcze dwa miesiące, Bobby. Dwa miesiące i już go tutaj nie będzie... - I zniknął za drzwiami.
- Tym razem nam wyjątkowo nie zwrócił uwagi. Może dzisiejszy trening nie będzie taki zły.
- Słyszę cię, Stilinski! Trzydzieści okrążeń wokół boiska! - Trener nagle wyłonił się zza drzwi.
- Ale terenerze...!
- Pięćdziesiąt!
Stiles wrzucił niedbale ubrania do szafki i mruczył coś pod nosem. Jak domyślił się Scott, były to zapewnie charakterystyczne dla niego, sarkastyczne teksty. Wyszli na boisko. Rozgrzewkę zaczęli od rozciągania się, potem zrobili kilka kółek wokół boiska, przy czym Stiles starał się jak najbardziej oszczędzać swoje nogi. Potem poćwiczyli strzelanie do bramki i odbiór piłki, a na koniec zagrali krótki mecz. Stiles i Scott byli w tej samej drużynie. Nie było dziwne, że nikt nie chciał podawać piłki ani mu, ani Scottowi. Przegrywali kilkoma punktami, kiedy przez boisko przedarł się krzyk trenera.
- Stilinski!
Chłopak wziął kilka zdyszanych wdechów i posłał Scottowi poirytowane spojrzenie. Odwrócił się w stronę trenera i podbiegł. Nie takiej miny się u niego spodziewał. Mężczyzna patrzył na niego troskliwie. Stiles’a to zaniepokoiło.
- Stiles, właśnie dostałem telefon ze szpitala...
Stiles poczuł, jak ziemia rozsuwa się pod jego nogami. Zaczął szybko oddychać, zabrakło mu tlenu.
- Chłopcze, wszystko w porządku? - Świat zaczął się rozmazywać, dźwięki stały się dalekie i przygłuszone. Atak paniki – domyślił się. I potem jakby z nienacka przypomniały mu się błękitne, wilcze oczy. Wszystko zaczęło wracać na swoje miejsce.
- Stiles, wszystko w porządku? - Obok trenera stał Scott, trzymał dłoń na jego ramieniu.
- Tak, ja... Ja muszę jechać.
I wyszedł.

Zaparkował jeepa na parkingu i szybkim ruchem zamknął za sobą drzwi. Wbiegł do środka na korytarz i niemal wpadł na kobietę niskiego wzrostu. Kruczoczarne loki miała związane w zwykłą kitkę.
- Stiles, chodź za mną. Zaprowadzę cię do poczekalni.
I tak zrobiła, poszła razem z nim do windy i wcisnęła guzik. Kiedy jechali na górę, pani McCall odezwała się cicho.
- Nie stresuj się, wszystko będzie dobrze. Trener ci powiedział dokładnie co się stało?
- Zawał. Tylko tyle wiem. - Pięści miał mocno ściśnięte, a na jednej z nich Melissa dostrzegła krwisty, ciągnący się wzór z półksiężyców. Wyszli z windy, i weszli do poczekalni. Stiles spojrzał na białe drzwi i przebiegły go ciarki. Usiadł na krześle, ale zaraz wstał, nie mogąc usiedzieć. Spojrzał na zegar wiszący na ścianie z prawej strony. Dochodziła osiemnasta.
- Stiles, to trochę potrwa... Dzisiaj na pewno nie zobaczysz swojego taty. Moim zdaniem lepiej by było gdybyś wrócił do domu... - Stanowcze "nie" jej nie zaskoczyło. Zniknęła na chwilę z pola widzenia Stiles’a i wróciła 5 minut później z herbatą. Tym razem chłopak już siedział, ale wykonywał różne gesty, typu nerwowe tupanie nogą i obgryzanie paznokci. Szok minął i teraz oczy Stiles’a wypełniły się łzami. Melissa zajęła miejsce obok niego i chwyciła jego dłoń. Był dla niej zawsze trochę jak syn. W końcu przyjaźnił się z jej synem, Scottem odkąd tylko zaczęli chodzić. Przysunęła kubek na stoliku bliżej chłopaka.
- Napij się. - Ale Stiles był w tym momencie wyłączony i nie słyszał co do niego mówiła. Pomimo, że na nią nie patrzył, uśmiechnęła się do niego smutno. Wstała i wyszła cichym krokiem.

           Kiedy Stiles się ocknął, było już po północy. Nie tyle co się wyłączył, ale i również zasnął. Wyprostował obolałe plecy i pomasował ścierpnięty kark. Na stole stał kubek z jasnobrązową cieczą. Kiedy ją spróbował, stwierdził, że to herbata. Była już zimna, ale Stiles czuł silną potrzebę, aby się napić. Siedział jeszcze 20 minut, próbując zasnąć, ale sen nie nadchodził. Słyszał za sobą głośne bębnienie deszczu o okno. W końcu wstał i zaczął chodzić w tę i z powrotem po poczekalni. W końcu zatrzymał się przed oknem i zaczął wpatrywać w niebo. Zobaczył na nim ledwie widoczne na czarnym niebie chmury.
I nagle znieruchomiał.

Daleko, między drzewami świeciły dwa błękitne światełka. Wyglądały jak dwa mięniące się na niebiesko świetliki. Ale Stiles doskonale zapamiętał ten widok. Nawiedzał go w każdym koszmarze, każdej nocy od kilku tygodni. Tak samo działo się również krótko po śmierci jego matki. Śniły mu się te same koszmary, a jakiś czas temu wróciły. Stiles zawsze wierzył, że wilk którego zobaczył był prawdziwy i to stało się jego obsesją. Potem doszły do tego koszmary, aż w końcu jego tata zapisał go do pierwszego psychologa. Każdy kolejny zawodził, bo Stiles ciągle wierzył w istnienie wilka o jarzących się, błękitnych oczach. W końcu trafił do pani Alice.
A teraz "wytwór jego wyobraźni" jak to oni mówili, czaił się w mroku i przyglądał mu uważnie. Nagle nieoczekiwanie zwierze odwróciło się i pobiegło w głąb lasu. Stiles patrzył przez chwilę przed siebie, zadając sobie pytanie "Czy to jest prawdziwe?". W końcu bez zastanawiania się, pobiegł w stronę wyjścia. Nie miał czasu na jazdę windą, więc szybko zbiegł schodami.
Wyszedł na zewnątrz i w jednej sekundzie był cały mokry. Na dworze okropnie padało. Stiles pobiegł po schodach w dół, a potem prosto przez parking. Biegł dalej, aż pod jego nogami zaczęło pojawiać się błoto. Biegł, nie myślał, bo nie było na to czasu. Nagle jego noga zahaczyła się o coś i runął w błoto. Było ciemno i Stiles dopiero po chwili zorientował się, że potknął się o korzeń. Nagle przed sobą usłyszał ciche, ale groźne warczenie. Powoli uniósł wzrok spodziewając się, co zobaczy. Podejrzenia go nie myliły. Tuż na przeciwko niego stał wilk. Jego oczy koloru oceanu rozpraszały mrok niczym Gwiazda Poranna. Zwierze warczało, ale Stiles zobaczył w jego oczach strach. Wbrew woli zaczął się podnosić z ziemi. Nogi same go uniosły. Warczenie wilka ucichło. Na następne rzeczy, które się wydarzyły było tylko jedno słowo – "niemożliwe".
Wilk wygiął się w łuk, a Stiles wyraźnie usłyszał pisk bólu. Wszystko zdarzyło się w niewyobrażalnie szybkim czasie: ciało zwierzęcia zaczęło zmieniać kształty, pysk się skrócił, sierść zaczęła zanikać. Przed Stiles’em tym razem leżała skulona postać. Kiedy uniosła twarz, Stiles zobaczył wystraszoną, dziewczęcą twarz. Zaczęła powoli się podnosić, aż w końcu siedziała na ziemi. Obserwowała swoje dłonie, jakby były jakimś dziwnym obiektem. W długich brązowych włosach wplątane miała liście, była przemoczona i co zobaczył Stiles...

Naga.

Chłopak nie wiedział co powiedzieć, a kiedy na niego spojrzała wydał zdławiony jęk.
- Hej, uhh... - Próbował wykrztusić z siebie słowa. Zaczął zdejmować z siebie kurtkę – Poczekaj, dam ci moją...
Dziewczyna stała teraz na dwóch nogach. Miała brudne i mokre ciało. Stiles zmusił się, aby patrzeć jej w oczy. Nagle dziewczyna po prostu uciekła. Stiles patrzył za nią całkowicie zdezorientowany. W głowie pobrzmiewało mu jedno słowo.

Niemożliwe.






~ Witajcie, moje Werecuties ^^  ~
Mam nadzieję, że Wam się podobało :)
Proszę was o komentarze, bo to właśnie one dają wenę i chęci do pisania :) Wystarczy, że napiszecie "Przeczytał*m" i mnie to niezmiernie ucieszy, bo chcę wiedzieć ile osób mnie czyta. Oczywiście jeśli macie jakieś uwagi, je też piszcie. No i dziękuję za każdy wcześniejszy komentarz <3
Zapraszam także na stronkę o moim blogu, będę tam udostępniać nowe rozdziały, informacje, zdjęcia:
https://www.facebook.com/Impossible-Stalia-FanFiction-453657414771437/?fref=ts
I jeśli macie jakiś fanart, czy cokolwiek związanego ze Stalią, moim ff, albo po prostu Teen Wolf, to możecie wysłać mi zdjęcie, nagranie czy cokolwiek innego na tej stronie w wiadomości, to udostępnię to :D 
Dla wszystkich czytelników, wielki, wirtualny całus!
:**********************
~ Jeszcze raz dziękuję i do zobaczenia ^^ ~

środa, 2 grudnia 2015

#1 Nightmare

            Na dworze było przyjemnie i ciepło, wiał lekki wiatr, który kołysał suszące się nieopodal pranie za oknem. Kobieta siedząca na czarnym fotelu za biurkiem czytała swoje notatki. Stiles dobrze nie znał tej kobiety, spotykał się z nią dopiero miesiąc. Badał wzrokiem pomieszczenie, starając się zapamiętać każdy detal. Wiszące obrazy po prawej stronie, komoda i szklana gablotka za dębowym biurkiem, jasne ściany, okna po prawej…
-Stiles? – Przestał rozglądać się po pokoju i popatrzył na nią. Jasnobrązowe, półdługie włosy miała spięte w luźny kok. Jej nos ozdabiały okulary, tym razem skierowane w jego stronę – Odnośnie twojego snu, ile godzin ostatnio spałeś?
Zaczął na palcach odliczać godziny.
- Stiles? – Ponownie ocknął się jak ze snu. Pani Alice patrzyła na niego z troską. Stiles ma okropne problemy z koncentracją, co jest spowodowane ADHD.
- Osiem.
- W ciągu ostatniej nocy?
- W ciągu ostatnich kilku dni.
Pani Alice odłożyła notatnik i nachyliła się do chłopaka. Popatrzyła na niego z żalem.
- Stiles… Wiem, że się boisz, ale czy możesz opowiedzieć mi o swoich koszmarach?
Obraz jego koszmarów był bardzo wyraźny. Czasem wydawał się wyraźniejszy nawet od rzeczywistości.
- Każdej nocy śni mi się to samo – Zacisnął obie ręce, skupiając się na obrazie w swojej głowie – Zawsze dzieje się to w tym samym miejscu.
- Gdzie dokładnie?
- W lesie. – Wziął głęboki oddech – Koło szpitala. - Kobieta obdarzyła go spojrzeniem wyrażającym zrozumienie i prośbę o kontynuowanie. – Jest ciemno, a nawet bardzo. Ciemność to pierwsza rzecz jaką dostrzegam. Potem czuję spływającą po moim ciele wodę. Unoszę głowę i dostrzegam prawie niewidoczne na czarnym niebie ciemne chmury. Domyślam się, że pada deszcz, chociaż nie widzę spadających kropel. Potem czuję błoto pod butami. Próbuję się wydostać, ale ugrzęzłem. A potem słyszę warczenie. Unoszę głowę, bojąc się, co zobaczę. – Nie patrzył kobiecie w oczy, wzrok wbił w podłogę. – I wtedy widzę to zwierze. Nie potrafię nawet drgnąć, a każdy oddech zadaje mi ból. Jego oczy mienią się błękitem, który rozprasza ciemność. W jego źrenicach odbija się pełnia księżyca. Warczy, a ja boję się, że w każdym momencie może mnie zaatakować. Chcę uciec, ale jestem jakby sparaliżowany. Jestem bezsilny, poddaję się, a wilk szczerzy kły…
- Stiles, czy wilk który ci się śni, to ten sam wilk którego twierdzisz, że widziałeś, kiedy twoja mama…
- Tak. Jestem tego pewien. Ja… Ja to wiem…
- Stiles! – Krzyk pani Alice pomógł mu wrócić do rzeczywistości. Rozluźnił mocno zaciśnięte palce. Na wierzchu lewej dłoni widniały małe, krwawe półksiężyce, a pod paznokciami prawej dłoni kryła się jego własna krew. Kobieta ucichła. Chłopak uniósł wzrok, aby popatrzeć jej w oczy. Ale jej tam nie było. Niczego tam nie było. Zniknęły jasne ściany, obrazy i meble. Było ciemno. Stiles poczuł spływającą po jego ciele, od twarzy do stóp wodę. Spojrzał w górę i zobaczył ciemne chmury, ledwie widoczne na tle czarnego nieba. Było mu okropnie zimno. Spróbował zrobić krok, ale przeszkodziło mu w tym błoto. I potem spojrzał przed siebie. Kilkanaście metrów dalej stał wilk, który pojawił się jakby znikąd. Stiles uświadomił sobie, gdzie się znajduje. Był to las nieopodal szpitala. Pomimo odległości dzielącej chłopaka od wilka, Stiles słyszał jego warczenie, jakby ten szeptał mu groźnie do ucha. Był to nieznośny dźwięk.
- To się nie dzieje naprawdę – Stiles zasłonił uszy, starając się odpędzić warczenie wilka – Ty tylko śnisz! To tylko sen! – Wilk otworzył paszczę i szykował się do skoku. Zawarczał jeszcze raz – Obudź się, Stiles! Obudź się!
            
           - Stiles, wszystko w porządku, już dobrze. To tylko koszmar, spokojnie. – Minęła chwila, zanim chłopak zorientował się, że krzyczał przez sen. Był w swoim łóżku, silnie ściskały go ramiona ojca. Koszulka lepiła się do jego ciała z każdej strony. Włosy także przywarły do jego czoła. W ustach miał słony smak łez, od których jego twarz była mokra. Oddychał ciężko, ale nie czuł już kłującego bólu w płucach. Odetchnął z ulgą.
- Już w porządku? – Stiles  kiwnął głową w potwierdzeniu.
- Trzymaj – Pan Stilinski wziął szklankę wody z szafki nocnej, podał mu ją, a do drugiej dłoni włożył tabletkę – Podobno dobra na spokojny sen. Pani McCall mi je dla ciebie poleciła.
- Dzięki – Stiles połknął tabletkę, i oddał tacie szklankę. Kiedy szeryf ją odebrał, spojrzał badawczo na dłoń syna. Zapalił lampkę stojącą na szafce.
- Stiles… - Głos miał zmartwiony jak i wyraz twarzy – Przyniosę ci bandaż – Wstał i poszedł w kierunku łazienki. Chłopak przyjrzał się uważniej swoim dłoniom. Na jednej z nich ciągnął się wzór z ułożonych półksiężyców.

                                                            ***

            Reszta dnia minęła spokojnie. Każdy dzień w życiu Stiles’a był podobny do poprzedniego. Bezsenna noc, szkoła, kilka dobrych ocen, lacrosse z jego najlepszym przyjacielem Scottem, powrót do domu, nauka. Niby najzwyklejsze życie, a jednak tak bardzo różne w porównaniu do jego rówieśników. Teraz wszedł cicho do gabinetu jego ojca na komisariacie policji. Mężczyzna leżał na biurku pełnym różnych papierów. Stiles podszedł do niego i delikatnie położył na jego biurku kubek z kawą. Tuż koło bezwładnego ramienia taty, zauważył otwarte akta. Podniósł je cicho, aby nie wydały szmeru. Na otwartej stronie widniało zdjęcie małej dziewczynki. Wyglądała na jakieś 7-8 lat. Obok zapisane było jej imię i nazwisko: Malia Tate. Chciał czytać dalej, ale z zamyśleń wyrwał go zaspany głos ojca.
- Malia Tate, zaginęła 10 lat temu, mając 8 lat. Dziś byłaby w twoim wieku, Stiles.
Największą uwagę Stiles’a u dziewczyny przykuły jej oczy. Wielkie, brązowe, roześmiane. Dziecięce.
- Co się z nią stało?
Szeryf popatrzył z wdzięcznością na kawę i przyciągnął kubek do siebie. Wypił kilka łyków. Stiles miał wrażenie, że tata przeciąga to specjalnie.
- Zdarzył się wypadek. Z tego co wyjaśnione, jej matka, pani Tate jechała zbyt szybko, prawdopodobnie przed jej samochód wyskoczyło zwierze. Kobieta próbowała wyhamować, ale wjechała w las, uderzając o drzewo. – Odstawił kubek i odetchnął ciężko – Wtedy ktoś porwał jedną z jej córek, starszą, imieniem Malia i pozostawił otwarte drzwi, przez które weszło zwierzę. To zwierze rozszarpało panią Tate i jej młodszą córkę, Stiles.
- Czy to jest pewne? Tak serio pewne? – Tato wzruszył ramionami.
- To jest najbardziej prawdopodobna wersja.
- Skoro po 10 latach, ta dziewczyna się nie znalazła i być może jest martwa, to dlaczego ją teraz szukacie?
- Dlaczego myślisz, że ją szukamy?
- Te papiery, akta i cała reszta… Były tutaj, także myślałem…
- To nie jest śledztwo, Stiles… Ja… Może to zabrzmi głupio, ale wiesz, to było moje pierwsze śledztwo. Pierwsze i nieudane. Od tylu lat próbuję to rozgryźć, ale ciągle mi coś umyka…
Stiles odłożył akta na miejsce. Odwrócił się na pięcie i wyszedł, a szeryf odprowadził go wzrokiem. Wyjął z kieszeni komórkę i wybrał numer do Scotta.

- Zbieraj się, idziemy ćwiczyć lacrosse’a. To ostatnie miesiące szkoły, stary, a ja nie chcę grzać ławki w ostatni mecz w tej szkole. Obaj zagramy.




~ Hej, hej! :D Mam nadzieję, że się wam spodobało i zachęciło was do czekania na następne rozdziały ^^ Będę je dodawać tak około co miesiąc. Koniecznie dajcie znać co myślicie w komentarzu. Uwagi również mile widziane ;) Jeśli zaciekawił was mój sposób pisania, albo po prostu wam się nudzi, to zapraszam do opowiadania które sama wymyśliłam:
http://makebelievefriend.blogspot.com/
I to chyba tyle ode mnie :D Dziękuję za przeczytanie, do zobaczenia! :* ~

sobota, 14 listopada 2015

Prolog

     Wokół panował spokój. Wszystko było ciche, odprężające. A jednak przygnębiające. Przez korytarz co jakiś czas przechodził jakiś lekarz, pielęgniarka, bądź pacjent. A tymczasem na małym krzesełku w poczekalni siedział chłopiec. Wpatrywał się w swoje trampki i liczył każde zadrapanie na nich. Co jakiś czas spojrzał na zegar, chociaż nie potrafił jeszcze określić czasu na podstawie wskazówek, ale lubił liczyć o ile kresek się przesuwają. Odwrócił głowę kiedy usłyszał cichy pisk drzwi. Mężczyzna stojący w nich podszedł do niego wolnym krokiem i przed nim ukucnął. Chwycił w swoją dłoń jego malutką rączkę i pociągnął go za sobą do pokoju z którego wcześniej wyszedł. A w nim byli dorośli ludzie, ze smutnymi minami. Spoglądali raz po raz to na niego, a to na łóżko, nad którym stali. W łóżku tym leżała kobieta o chudej twarzy i zmęczonych oczach. Nie miała włosów. Chłopiec puścił dłoń swojego ojca i podbiegł do kobiety. Ta, unosząc swoją dłoń, zatrzymała ją na jego policzku.
- Mój syn. - Po jej brodzie spływała leniwie pojedyńcza łza. Jej oczy wędrowały po jego dziecięcej buzi, jakby starały się zachować jego obraz na zawsze. - Jesteś dzielnym chłopcem. Jesteś najlepszą rzeczą, w moim życiu. Wiem, że dokonasz niesamowitych rzeczy. - Po chwili drżącym głosem dodała – Szkoda tylko, że mnie przy tym nie będzie.
Chłopiec nawet nie zauważył, kiedy zaczął płakać. Obie rączki spoczywały na drugiej ręce jego matki. - Kocham cię, pamiętaj o tym. I nigdy cię nie zostawię. Zawsze będę z tobą. Kocham cię najbardziej na świecie. - W pewnym momencie wzięła głęboki oddech. Jej oczy się rozszerzyły i przez wyschnięte usta wyszeptała – Pozostań dzielny.
Głośny pisk przerwał ciszę panującą w pokoju. Chłopiec już nigdy nie zapomniał tego dźwięku. Utknął gdzieś w zakamarkach mózgu i na zawsze tam pozostał. Nagle jakaś silna ręka pociągnęła go do tyłu. Dziecko wyrywało się, nie rozumiało, chciało wrócić do matki i porozmawiać z nią jeszcze. Chciało wyjaśnień. Teraz stał wraz z mężczyzną, który wprowadził go do pokoju, ze swoim ojcem na środku korytarza. Mówił coś do niego, ale on zrozumiał niewiele. Tylko niektóre kawałki zdań, typu: "Nie powinno cię przy tym być...", "Zostań tu, zaraz wracam", "... i nigdzie nie idź", a kiedy jego tato zniknął ponownie za białymi drzwiami, chłopiec przypomniał sobie słowa matki: "Szkoda, że mnie przy tym nie będzie." I powoli zaczął rozumieć. Jego mama odeszła. Nie ma jej. Jego małe nóżki same pobiegły w stronę wyjścia ze szpitala. Zbiegł ze schodów, omal nie upadając. Na dworze było zimno, ciemno i padał deszcz. Chłopiec biegł przed siebie. Był roztrzęsiony. Pod jego trampkami zaczęło pojawiać sie błoto i trawa. Szpital miał już za sobą. Upadł na ziemię potykając się o korzeń. Runął w błoto, ale nie miał siły się podnieść. Zaczął głośno płakać. Krzyczał, tak wiele rzeczy nie rozumiał, chciał wyjaśnień. W końcu uniósł brudną, obłoconą twarz. Strach sparaliżował jego kości. Przed nim właśnie stał wilk. Niewiele większy od chłopca, który teraz stracił mowę i nie potrafił ani krzyknąć, ani uciec. Nie potrafił w żaden sposób zareagować. Wilcze oczy wpatrywały się w jego dziecięce. Tęczówki zwierzęcia jarzyły się błękitem i oświetlały ciemność. Czegoś takiego chłopiec nigdy nie widział. O dziwo wilk był równie pzestraszony jak i on. Zwierze odwróciło się i szybko pobiegło w głąb lasu. Nagle ktoś go zaczął podnosić z ziemi. Dobrze znane dłonie ojca otuliły syna. Tato podniósł go i zaprowadził do samochodu.
- Stiles, wszystko będzie dobrze, zaufaj mi. Pojedziesz z Maureen do domu. Ja wrócę niedługo. - Podszedł do kobiety o ciemnych włosach - Zabierz go i z nim porozmawiaj. Mam sprawę policyjną. Samochód został podobno zaatakowany przez zwierzę. To pilne. - I już odwrócił się w stronę swojego samochodu.
- Panie Stilinski – Mężczyzna spojrzał na kobietę z pytającą miną, a ta uwiesiła się mu na szyi. - Tak bardzo mi przykro.
Szeryf odwzajemnił uścisk, a potem pobiegł w stronę samochodu. Pani Maureen usiadła na miejsce kierowcy i odwróciła się do chłopca.

- Zaraz będziemy w domu – Odpaliła silnik – Wszystko będzie dobrze.