Muzyka

środa, 16 grudnia 2015

#2 Nightmare has a soul

           - Mówię ci, jeszcze kilka mocnych treningów i boisko będzie nasze. - Stiles i Scott wchodzili schodami na dziedziniec szkoły. Scott śmiał się pod nosem, próbując zrujnować marzenia przyjaciela o jakiejkolwiek szansie na czynny udział w ostatnim meczu lacrosse'a w liceum. To był ich ostatni rok, a właściwie ostatnie dwa miesiące. Scott widział determinację Stiles'a, ale znał go na tyle dobrze, że wiedział, że gdyby przyznał mu rację o istnieniu szansy, wtedy Stiles pozwałby go o kłamstwo i dawanie mu bezsensownej nadziei. - Dzisiaj wieczorem zbierasz swój tyłek z kanapy i przychodzisz na boisko, albo cię zniszczę. Słyszysz mnie?
- Dzisiaj nie dam rady... - Odpowiedział z lekkim uśmieszkiem na ustach.
- No to cię zniszczę. - Stiles stanął przed nim torując mu drogę. Rzucił mu miażdżące spojrzenie. - Co tym razem? - Kiedy uśmiech Scotta zaczął się powiększać, odsłaniając białe zęby, wszystko było jasne. Stiles wywrócił oczami tak mocno, że aż go zabolało – Allison.
- Spotykamy się dzisiaj. - Stiles zszedł przyjacielowi z drogi i wyrównał z nim krok.
- Co tym razem? Kino, a potem seks? Basen, a potem seks? Obiad, kino, a następnie seks? A może sam seks?
- Jesteś zazdrosny. - Zarzucił mu Scott. I po chwili dodał. - Idziemy na łyżwy.
Stiles stanął jak wryty.
- Scott, bracie. Jesteś tego pewny? Rozumiem skok na bungee, ze spadochronu, nurkowanie w Oceanie Spokojnym pełnym rekinów, ale łyżwy? - Scott rzucił mu zirytowane spojrzenie.
- Przestań, nie jestem w tym aż tak zły...
Stiles popatrzył na niego z żalem.
- Scotty, już pingwiny lepiej latają, niż ty jeździsz na łyżwach. Pamiętasz jak to się dla ciebie ostatnio skończyło?
Scott pamiętał i to nawet za bardzo. Złamane żebro, zwichnięta kostka u lewej nogi, zbity nos i poobijane kości. Stali teraz pod schodami szkoły.
- W końcu ty też sobie kogoś znajdziesz.
Stiles spojrzał za przyjaciela i zobaczył dwie zbliżające się do nich, szczupłe postacie.
Westchnął.
- Ja nie chcę "kogoś". Ja chcę ją.
Dwie postacie podeszły do nich. Jedna z nich, wysoka szatynka o włosach ściętych do ramion, ubrana w T-shirt i dżinsy, stanęła lekko na palcach i pocałowała Scotta. Niższa, o długich, rudych włosach, ubrana w zieloną sukienkę i szpilki, posłała Scottowi niechętny uśmiech, a potem wróciła wzrokiem do swojej komórki.
- Cześć, Lydia. – Powiedział śmiało Stiles. Dziewczyna spojrzała na niego i go zmierzyła.
- Cześć... - Zastanowiła się chwilę, jakby chciała przypomnieć sobie jego imię, a raczej ksywę, bo Stiles prawie nikomu nie zdradza swojego imienia. Nie jest to żadna tajemnica, ale Stiles, jak wszyscy inni nie potrafi go wymówić. Zrezygnowana wróciła do swojego zajęcia. Właśnie Stiles otworzył usta, aby powiedzieć jej jakiś komplement, kiedy ona uniosła głowę i zaczęła wyrywać Allison z rąk Scotta.
- Alli, widzę Jacksona. Chodź, idziemy! - I porwała przyjaciółkę ze sobą. Szatynka odchodząc, posłała swojemu chłopakowi promienny uśmiech.
- A ty co o tym myślisz?
- Że co? - Stiles był kompletnie wyłączony przez moment.
- Lydia zaproponowała mi i Allison podwójną randkę z nią i Jacksonem. Co o tym myślisz?
- Myślę, że jeśli ty i Alli tego chcecie, to idźcie. W końcu lepsze to, niż łyżwy.
- Sam nie wiem... Ja i Jackson... No wiesz.
- Nienawidzicie się? Wiem. Też nie znoszę tego typa. - Patrzył morderczym wzrokiem na Jacksona przyciągającego do siebie rudowłosą królewnę, bawiącego się kosmykami jej włosów, dotykającego ją i całującego – Nawet nie wiesz jak bardzo.

           - Pół czasu! Pół czasu treningu zajmuje wam przebieranie się! Pół czasu stracone na zmienianie skarpetek! Danny, podciągnij spodnie! Jackson załóż wreszcie koszulkę! Chociaż w sumie, gdybym miał takie ciało jak ty, też bym chodził bez. Ale to nie klub striptizowy! A ty Greenberg... - Popatrzył na biednego chłopaka w kącie szatni – Ty możesz wyjść. W zasadzie nawet nie wiem co tu jeszcze robisz... - Odwracając się markotał jeszcze pod nosem – Jeszcze dwa miesiące, Bobby. Dwa miesiące i już go tutaj nie będzie... - I zniknął za drzwiami.
- Tym razem nam wyjątkowo nie zwrócił uwagi. Może dzisiejszy trening nie będzie taki zły.
- Słyszę cię, Stilinski! Trzydzieści okrążeń wokół boiska! - Trener nagle wyłonił się zza drzwi.
- Ale terenerze...!
- Pięćdziesiąt!
Stiles wrzucił niedbale ubrania do szafki i mruczył coś pod nosem. Jak domyślił się Scott, były to zapewnie charakterystyczne dla niego, sarkastyczne teksty. Wyszli na boisko. Rozgrzewkę zaczęli od rozciągania się, potem zrobili kilka kółek wokół boiska, przy czym Stiles starał się jak najbardziej oszczędzać swoje nogi. Potem poćwiczyli strzelanie do bramki i odbiór piłki, a na koniec zagrali krótki mecz. Stiles i Scott byli w tej samej drużynie. Nie było dziwne, że nikt nie chciał podawać piłki ani mu, ani Scottowi. Przegrywali kilkoma punktami, kiedy przez boisko przedarł się krzyk trenera.
- Stilinski!
Chłopak wziął kilka zdyszanych wdechów i posłał Scottowi poirytowane spojrzenie. Odwrócił się w stronę trenera i podbiegł. Nie takiej miny się u niego spodziewał. Mężczyzna patrzył na niego troskliwie. Stiles’a to zaniepokoiło.
- Stiles, właśnie dostałem telefon ze szpitala...
Stiles poczuł, jak ziemia rozsuwa się pod jego nogami. Zaczął szybko oddychać, zabrakło mu tlenu.
- Chłopcze, wszystko w porządku? - Świat zaczął się rozmazywać, dźwięki stały się dalekie i przygłuszone. Atak paniki – domyślił się. I potem jakby z nienacka przypomniały mu się błękitne, wilcze oczy. Wszystko zaczęło wracać na swoje miejsce.
- Stiles, wszystko w porządku? - Obok trenera stał Scott, trzymał dłoń na jego ramieniu.
- Tak, ja... Ja muszę jechać.
I wyszedł.

Zaparkował jeepa na parkingu i szybkim ruchem zamknął za sobą drzwi. Wbiegł do środka na korytarz i niemal wpadł na kobietę niskiego wzrostu. Kruczoczarne loki miała związane w zwykłą kitkę.
- Stiles, chodź za mną. Zaprowadzę cię do poczekalni.
I tak zrobiła, poszła razem z nim do windy i wcisnęła guzik. Kiedy jechali na górę, pani McCall odezwała się cicho.
- Nie stresuj się, wszystko będzie dobrze. Trener ci powiedział dokładnie co się stało?
- Zawał. Tylko tyle wiem. - Pięści miał mocno ściśnięte, a na jednej z nich Melissa dostrzegła krwisty, ciągnący się wzór z półksiężyców. Wyszli z windy, i weszli do poczekalni. Stiles spojrzał na białe drzwi i przebiegły go ciarki. Usiadł na krześle, ale zaraz wstał, nie mogąc usiedzieć. Spojrzał na zegar wiszący na ścianie z prawej strony. Dochodziła osiemnasta.
- Stiles, to trochę potrwa... Dzisiaj na pewno nie zobaczysz swojego taty. Moim zdaniem lepiej by było gdybyś wrócił do domu... - Stanowcze "nie" jej nie zaskoczyło. Zniknęła na chwilę z pola widzenia Stiles’a i wróciła 5 minut później z herbatą. Tym razem chłopak już siedział, ale wykonywał różne gesty, typu nerwowe tupanie nogą i obgryzanie paznokci. Szok minął i teraz oczy Stiles’a wypełniły się łzami. Melissa zajęła miejsce obok niego i chwyciła jego dłoń. Był dla niej zawsze trochę jak syn. W końcu przyjaźnił się z jej synem, Scottem odkąd tylko zaczęli chodzić. Przysunęła kubek na stoliku bliżej chłopaka.
- Napij się. - Ale Stiles był w tym momencie wyłączony i nie słyszał co do niego mówiła. Pomimo, że na nią nie patrzył, uśmiechnęła się do niego smutno. Wstała i wyszła cichym krokiem.

           Kiedy Stiles się ocknął, było już po północy. Nie tyle co się wyłączył, ale i również zasnął. Wyprostował obolałe plecy i pomasował ścierpnięty kark. Na stole stał kubek z jasnobrązową cieczą. Kiedy ją spróbował, stwierdził, że to herbata. Była już zimna, ale Stiles czuł silną potrzebę, aby się napić. Siedział jeszcze 20 minut, próbując zasnąć, ale sen nie nadchodził. Słyszał za sobą głośne bębnienie deszczu o okno. W końcu wstał i zaczął chodzić w tę i z powrotem po poczekalni. W końcu zatrzymał się przed oknem i zaczął wpatrywać w niebo. Zobaczył na nim ledwie widoczne na czarnym niebie chmury.
I nagle znieruchomiał.

Daleko, między drzewami świeciły dwa błękitne światełka. Wyglądały jak dwa mięniące się na niebiesko świetliki. Ale Stiles doskonale zapamiętał ten widok. Nawiedzał go w każdym koszmarze, każdej nocy od kilku tygodni. Tak samo działo się również krótko po śmierci jego matki. Śniły mu się te same koszmary, a jakiś czas temu wróciły. Stiles zawsze wierzył, że wilk którego zobaczył był prawdziwy i to stało się jego obsesją. Potem doszły do tego koszmary, aż w końcu jego tata zapisał go do pierwszego psychologa. Każdy kolejny zawodził, bo Stiles ciągle wierzył w istnienie wilka o jarzących się, błękitnych oczach. W końcu trafił do pani Alice.
A teraz "wytwór jego wyobraźni" jak to oni mówili, czaił się w mroku i przyglądał mu uważnie. Nagle nieoczekiwanie zwierze odwróciło się i pobiegło w głąb lasu. Stiles patrzył przez chwilę przed siebie, zadając sobie pytanie "Czy to jest prawdziwe?". W końcu bez zastanawiania się, pobiegł w stronę wyjścia. Nie miał czasu na jazdę windą, więc szybko zbiegł schodami.
Wyszedł na zewnątrz i w jednej sekundzie był cały mokry. Na dworze okropnie padało. Stiles pobiegł po schodach w dół, a potem prosto przez parking. Biegł dalej, aż pod jego nogami zaczęło pojawiać się błoto. Biegł, nie myślał, bo nie było na to czasu. Nagle jego noga zahaczyła się o coś i runął w błoto. Było ciemno i Stiles dopiero po chwili zorientował się, że potknął się o korzeń. Nagle przed sobą usłyszał ciche, ale groźne warczenie. Powoli uniósł wzrok spodziewając się, co zobaczy. Podejrzenia go nie myliły. Tuż na przeciwko niego stał wilk. Jego oczy koloru oceanu rozpraszały mrok niczym Gwiazda Poranna. Zwierze warczało, ale Stiles zobaczył w jego oczach strach. Wbrew woli zaczął się podnosić z ziemi. Nogi same go uniosły. Warczenie wilka ucichło. Na następne rzeczy, które się wydarzyły było tylko jedno słowo – "niemożliwe".
Wilk wygiął się w łuk, a Stiles wyraźnie usłyszał pisk bólu. Wszystko zdarzyło się w niewyobrażalnie szybkim czasie: ciało zwierzęcia zaczęło zmieniać kształty, pysk się skrócił, sierść zaczęła zanikać. Przed Stiles’em tym razem leżała skulona postać. Kiedy uniosła twarz, Stiles zobaczył wystraszoną, dziewczęcą twarz. Zaczęła powoli się podnosić, aż w końcu siedziała na ziemi. Obserwowała swoje dłonie, jakby były jakimś dziwnym obiektem. W długich brązowych włosach wplątane miała liście, była przemoczona i co zobaczył Stiles...

Naga.

Chłopak nie wiedział co powiedzieć, a kiedy na niego spojrzała wydał zdławiony jęk.
- Hej, uhh... - Próbował wykrztusić z siebie słowa. Zaczął zdejmować z siebie kurtkę – Poczekaj, dam ci moją...
Dziewczyna stała teraz na dwóch nogach. Miała brudne i mokre ciało. Stiles zmusił się, aby patrzeć jej w oczy. Nagle dziewczyna po prostu uciekła. Stiles patrzył za nią całkowicie zdezorientowany. W głowie pobrzmiewało mu jedno słowo.

Niemożliwe.






~ Witajcie, moje Werecuties ^^  ~
Mam nadzieję, że Wam się podobało :)
Proszę was o komentarze, bo to właśnie one dają wenę i chęci do pisania :) Wystarczy, że napiszecie "Przeczytał*m" i mnie to niezmiernie ucieszy, bo chcę wiedzieć ile osób mnie czyta. Oczywiście jeśli macie jakieś uwagi, je też piszcie. No i dziękuję za każdy wcześniejszy komentarz <3
Zapraszam także na stronkę o moim blogu, będę tam udostępniać nowe rozdziały, informacje, zdjęcia:
https://www.facebook.com/Impossible-Stalia-FanFiction-453657414771437/?fref=ts
I jeśli macie jakiś fanart, czy cokolwiek związanego ze Stalią, moim ff, albo po prostu Teen Wolf, to możecie wysłać mi zdjęcie, nagranie czy cokolwiek innego na tej stronie w wiadomości, to udostępnię to :D 
Dla wszystkich czytelników, wielki, wirtualny całus!
:**********************
~ Jeszcze raz dziękuję i do zobaczenia ^^ ~

środa, 2 grudnia 2015

#1 Nightmare

            Na dworze było przyjemnie i ciepło, wiał lekki wiatr, który kołysał suszące się nieopodal pranie za oknem. Kobieta siedząca na czarnym fotelu za biurkiem czytała swoje notatki. Stiles dobrze nie znał tej kobiety, spotykał się z nią dopiero miesiąc. Badał wzrokiem pomieszczenie, starając się zapamiętać każdy detal. Wiszące obrazy po prawej stronie, komoda i szklana gablotka za dębowym biurkiem, jasne ściany, okna po prawej…
-Stiles? – Przestał rozglądać się po pokoju i popatrzył na nią. Jasnobrązowe, półdługie włosy miała spięte w luźny kok. Jej nos ozdabiały okulary, tym razem skierowane w jego stronę – Odnośnie twojego snu, ile godzin ostatnio spałeś?
Zaczął na palcach odliczać godziny.
- Stiles? – Ponownie ocknął się jak ze snu. Pani Alice patrzyła na niego z troską. Stiles ma okropne problemy z koncentracją, co jest spowodowane ADHD.
- Osiem.
- W ciągu ostatniej nocy?
- W ciągu ostatnich kilku dni.
Pani Alice odłożyła notatnik i nachyliła się do chłopaka. Popatrzyła na niego z żalem.
- Stiles… Wiem, że się boisz, ale czy możesz opowiedzieć mi o swoich koszmarach?
Obraz jego koszmarów był bardzo wyraźny. Czasem wydawał się wyraźniejszy nawet od rzeczywistości.
- Każdej nocy śni mi się to samo – Zacisnął obie ręce, skupiając się na obrazie w swojej głowie – Zawsze dzieje się to w tym samym miejscu.
- Gdzie dokładnie?
- W lesie. – Wziął głęboki oddech – Koło szpitala. - Kobieta obdarzyła go spojrzeniem wyrażającym zrozumienie i prośbę o kontynuowanie. – Jest ciemno, a nawet bardzo. Ciemność to pierwsza rzecz jaką dostrzegam. Potem czuję spływającą po moim ciele wodę. Unoszę głowę i dostrzegam prawie niewidoczne na czarnym niebie ciemne chmury. Domyślam się, że pada deszcz, chociaż nie widzę spadających kropel. Potem czuję błoto pod butami. Próbuję się wydostać, ale ugrzęzłem. A potem słyszę warczenie. Unoszę głowę, bojąc się, co zobaczę. – Nie patrzył kobiecie w oczy, wzrok wbił w podłogę. – I wtedy widzę to zwierze. Nie potrafię nawet drgnąć, a każdy oddech zadaje mi ból. Jego oczy mienią się błękitem, który rozprasza ciemność. W jego źrenicach odbija się pełnia księżyca. Warczy, a ja boję się, że w każdym momencie może mnie zaatakować. Chcę uciec, ale jestem jakby sparaliżowany. Jestem bezsilny, poddaję się, a wilk szczerzy kły…
- Stiles, czy wilk który ci się śni, to ten sam wilk którego twierdzisz, że widziałeś, kiedy twoja mama…
- Tak. Jestem tego pewien. Ja… Ja to wiem…
- Stiles! – Krzyk pani Alice pomógł mu wrócić do rzeczywistości. Rozluźnił mocno zaciśnięte palce. Na wierzchu lewej dłoni widniały małe, krwawe półksiężyce, a pod paznokciami prawej dłoni kryła się jego własna krew. Kobieta ucichła. Chłopak uniósł wzrok, aby popatrzeć jej w oczy. Ale jej tam nie było. Niczego tam nie było. Zniknęły jasne ściany, obrazy i meble. Było ciemno. Stiles poczuł spływającą po jego ciele, od twarzy do stóp wodę. Spojrzał w górę i zobaczył ciemne chmury, ledwie widoczne na tle czarnego nieba. Było mu okropnie zimno. Spróbował zrobić krok, ale przeszkodziło mu w tym błoto. I potem spojrzał przed siebie. Kilkanaście metrów dalej stał wilk, który pojawił się jakby znikąd. Stiles uświadomił sobie, gdzie się znajduje. Był to las nieopodal szpitala. Pomimo odległości dzielącej chłopaka od wilka, Stiles słyszał jego warczenie, jakby ten szeptał mu groźnie do ucha. Był to nieznośny dźwięk.
- To się nie dzieje naprawdę – Stiles zasłonił uszy, starając się odpędzić warczenie wilka – Ty tylko śnisz! To tylko sen! – Wilk otworzył paszczę i szykował się do skoku. Zawarczał jeszcze raz – Obudź się, Stiles! Obudź się!
            
           - Stiles, wszystko w porządku, już dobrze. To tylko koszmar, spokojnie. – Minęła chwila, zanim chłopak zorientował się, że krzyczał przez sen. Był w swoim łóżku, silnie ściskały go ramiona ojca. Koszulka lepiła się do jego ciała z każdej strony. Włosy także przywarły do jego czoła. W ustach miał słony smak łez, od których jego twarz była mokra. Oddychał ciężko, ale nie czuł już kłującego bólu w płucach. Odetchnął z ulgą.
- Już w porządku? – Stiles  kiwnął głową w potwierdzeniu.
- Trzymaj – Pan Stilinski wziął szklankę wody z szafki nocnej, podał mu ją, a do drugiej dłoni włożył tabletkę – Podobno dobra na spokojny sen. Pani McCall mi je dla ciebie poleciła.
- Dzięki – Stiles połknął tabletkę, i oddał tacie szklankę. Kiedy szeryf ją odebrał, spojrzał badawczo na dłoń syna. Zapalił lampkę stojącą na szafce.
- Stiles… - Głos miał zmartwiony jak i wyraz twarzy – Przyniosę ci bandaż – Wstał i poszedł w kierunku łazienki. Chłopak przyjrzał się uważniej swoim dłoniom. Na jednej z nich ciągnął się wzór z ułożonych półksiężyców.

                                                            ***

            Reszta dnia minęła spokojnie. Każdy dzień w życiu Stiles’a był podobny do poprzedniego. Bezsenna noc, szkoła, kilka dobrych ocen, lacrosse z jego najlepszym przyjacielem Scottem, powrót do domu, nauka. Niby najzwyklejsze życie, a jednak tak bardzo różne w porównaniu do jego rówieśników. Teraz wszedł cicho do gabinetu jego ojca na komisariacie policji. Mężczyzna leżał na biurku pełnym różnych papierów. Stiles podszedł do niego i delikatnie położył na jego biurku kubek z kawą. Tuż koło bezwładnego ramienia taty, zauważył otwarte akta. Podniósł je cicho, aby nie wydały szmeru. Na otwartej stronie widniało zdjęcie małej dziewczynki. Wyglądała na jakieś 7-8 lat. Obok zapisane było jej imię i nazwisko: Malia Tate. Chciał czytać dalej, ale z zamyśleń wyrwał go zaspany głos ojca.
- Malia Tate, zaginęła 10 lat temu, mając 8 lat. Dziś byłaby w twoim wieku, Stiles.
Największą uwagę Stiles’a u dziewczyny przykuły jej oczy. Wielkie, brązowe, roześmiane. Dziecięce.
- Co się z nią stało?
Szeryf popatrzył z wdzięcznością na kawę i przyciągnął kubek do siebie. Wypił kilka łyków. Stiles miał wrażenie, że tata przeciąga to specjalnie.
- Zdarzył się wypadek. Z tego co wyjaśnione, jej matka, pani Tate jechała zbyt szybko, prawdopodobnie przed jej samochód wyskoczyło zwierze. Kobieta próbowała wyhamować, ale wjechała w las, uderzając o drzewo. – Odstawił kubek i odetchnął ciężko – Wtedy ktoś porwał jedną z jej córek, starszą, imieniem Malia i pozostawił otwarte drzwi, przez które weszło zwierzę. To zwierze rozszarpało panią Tate i jej młodszą córkę, Stiles.
- Czy to jest pewne? Tak serio pewne? – Tato wzruszył ramionami.
- To jest najbardziej prawdopodobna wersja.
- Skoro po 10 latach, ta dziewczyna się nie znalazła i być może jest martwa, to dlaczego ją teraz szukacie?
- Dlaczego myślisz, że ją szukamy?
- Te papiery, akta i cała reszta… Były tutaj, także myślałem…
- To nie jest śledztwo, Stiles… Ja… Może to zabrzmi głupio, ale wiesz, to było moje pierwsze śledztwo. Pierwsze i nieudane. Od tylu lat próbuję to rozgryźć, ale ciągle mi coś umyka…
Stiles odłożył akta na miejsce. Odwrócił się na pięcie i wyszedł, a szeryf odprowadził go wzrokiem. Wyjął z kieszeni komórkę i wybrał numer do Scotta.

- Zbieraj się, idziemy ćwiczyć lacrosse’a. To ostatnie miesiące szkoły, stary, a ja nie chcę grzać ławki w ostatni mecz w tej szkole. Obaj zagramy.




~ Hej, hej! :D Mam nadzieję, że się wam spodobało i zachęciło was do czekania na następne rozdziały ^^ Będę je dodawać tak około co miesiąc. Koniecznie dajcie znać co myślicie w komentarzu. Uwagi również mile widziane ;) Jeśli zaciekawił was mój sposób pisania, albo po prostu wam się nudzi, to zapraszam do opowiadania które sama wymyśliłam:
http://makebelievefriend.blogspot.com/
I to chyba tyle ode mnie :D Dziękuję za przeczytanie, do zobaczenia! :* ~